Oman na własną rękę – plan podróży

Podróż po Omanie była naszym „dodatkiem” do 5-tygodniowej wyprawy do Nepalu. Wiedzieliśmy, że po długich trekingach w Himalajach przyda nam się trochę odpoczynku nad wodą. Ponieważ wracaliśmy przez Dubaj, opcją wręcz idealną był dla nas właśnie Oman. Planując podróż przeczytaliśmy kilka ciekawych blogów i już wtedy wiedzieliśmy, że podróż publicznymi środkami transportu jest bardzo trudna. Na Oman przeznaczyliśmy sobie 9 dni i oczywiście w tym czasie chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Dlatego najlepszym rozwiązaniem było dla nas wynajęcie samochodu, a dokładnie dwóch, bo do Omanu dolatywała do nas szóstka znajomych. I tu zaczęły się schody…

Informacje praktyczne

W Omanie byliśmy w październiku i ten czas okazał się dla nas idealny. Na pewno warto jest zwrócić uwagę na panująca w Omanie temperaturę w czasie lata oraz na godziny wschodu i zachodu słońca. Dla nas zaskoczeniem było, że ciemno robi się już między 17.00 a 18.00. Waluta obowiązująca w Omanie to Rial Omański. Kiedy byliśmy w Omanie, kurs wynosił 1 Rial= 9,90 zł. Wszystkie ceny w tym wpisie będziemy podawać w omańskiej walucie. Podczas naszego pobytu płaciliśmy gotówką, ale też wybieraliśmy pieniądze z bankomatu i płaciliśmy kartą. Karta, której używaliśmy to Revolut, nie pobierała ona od nas żadnych dodatkowych opłat i kurs też był dobry.

Jak dostać się z Dubaju do Muskatu

Przylatywaliśmy do Dubaju i stamtąd chcieliśmy dostać się do Muskatu. Jak zrobić to najlepiej i najtaniej? Wynająć samochód już w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i przekroczyć nim granicę? Czy może poszukać wypożyczalni dopiero w Omanie, gdzie dostaniemy się autobusem? I co zrobić kiedy nie ma się karty kredytowej, a tej wymaga niestety większość wypożyczalni?
Po przejrzeniu otchłani internetu zdecydowaliśmy się na wynajem samochodu w Omanie. Decyzje taką podjęliśmy dlatego, że za przekroczenie granicy dubajskie wypożyczalnie naliczają sobie opłatę jako dodatkowe ubezpieczenie. Więc do Muskatu ruszyliśmy autobusem, okazało się to bardzo dobrym rozwiązaniem po męczącej podróży z Nepalu. Z Dubaju do stolicy Omanu jeżdżą dwie firmy: Al Khanjry i Mwasalat. My wybraliśmy tę drugą, ponieważ bilety można było kupić na stacji przed odjazdem autobusu. Z samego rana udaliśmy się więc na dworzec przy Abu Hail Metro Station. Tam u bardzo zakręconego Pana kupiliśmy dwa bilety w dwie strony, za 9 Riali od osoby. Jeżeli kupicie bilet od razu w obie strony cena jest trochę niższa, a wy nie musicie od razu podawać daty powrotu. Jeśli kupicie bilet tylko w jedną stronę, zapłacicie 5,5 Riali. Wyjechaliśmy o 7.30 rano, planowo na miejscu mieliśmy być koło 14.00, jednak bardzo długo czekaliśmy na granicy dlatego dotarliśmy dopiero o 15.00.

Jak wygląda przekroczenie granicy

Jechaliśmy autobusem, więc nie mamy pojęcia jak bardzo przekroczenie granicy własnym środkiem transportu różni się od naszego. W sumie nie wiemy nawet, czy jest jakaś reguła przekraczania granicy. Nasze bagaże były przewąchiwane przez psa, natomiast nasi znajomi którzy jechali dzień wcześniej: nie. No ale od początku… Wsiedliśmy do autobusu w Dubaju i po niecałych 2 godzinach byliśmy na przejściu granicznym. Na granicy po stronie Zjednoczonych Emiratów Arabskich musieliśmy uiścić bezzwrotną opłatę wyjazdową w wysokości 35 dirhamów. Można płacić zarówno gotówką jak i kartą, jednak gotówką opłaca się bardziej, ponieważ nie pobierana jest dodatkowa opłata. Następnym etapem na granicy było wspomniane wyżej przeszukanie bagaży, panowie ze straży granicznej kazali wynieść wszystkim bagaże i na stoliku pod wiatą prosili o otworzenie plecaków w celu przeszukania ich. Następnie bagaże położyliśmy na ziemi, odsunęliśmy się i przyszedł kolejny strażnik z psem, który je obwąchał. Na szczęście nic nie znalazł i mogliśmy ruszyć dalej. Następnym etapem przekraczania granicy było wbijanie wizy do paszportu. My wizę wyrabialiśmy wcześniej online (jak to zrobić, możecie przeczytać tutaj), jednak byli też tacy, którzy wyrabiali ją na granicy. Trwało to w nieskończoność. Po tych wszystkich procedurach ruszyliśmy już bez żadnych przerw w stronę stolicy Omanu. Trzeba pamiętać, aby na tą trasę wziąć sobie coś do jedzenia i picia, ponieważ, oprócz granicy, po drodze nie ma żadnych przystanków, żeby coś zjeść lub uzupełnić zapasy.

Wynajem samochodu

Z polecenia @Podróży Odbytej wynajęliśmy samochody z wypożyczalni New Muscat Caravan (http://www.newmuscatcaravan.com), gdzie nie potrzebowaliśmy karty kredytowej. Z właścicielem wypożyczalni kontaktowaliśmy się dwa miesiące wcześniej przez whatsapp, rezerwując dwie Toyoty Yaris. Kilkukrotnie potwierdzaliśmy zamówienie. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, okazało się, że tych samochodów nie ma. Jednak w zamian za nie czekały na nas Honda i Renault, w tej samej cenie 14 za dobę (12 samochód + 2 ubezpieczenie). Z oddaniem samochodu po naszej podróży również nie mieliśmy żadnych dziwnych problemów. Właściciel powiedział, że interesują go jedynie duże uszkodzenia, a nie jakieś tam ryski które może zrobiliśmy my, a być może ktoś przed nami.

Co udało nam się zobaczyć przez 9 dni w Omanie

Bardziej szczegółowe wpisy o miejscach które odwiedziliśmy możecie znaleźć na naszej stronie, w tym wpisie pragniemy nakreślić wam jedynie dziewięciodniowy plan zwiedzania.

Miejsca które odwiedziliśmy w Omanie

Dzień I

Po odebraniu samochodów i zgarnięciu reszty naszych towarzyszy, ruszyliśmy w stronę południa drogą nr 17. I tu uwaga na fotoradary! Czasami wydawało nam się, że w Omanie jest ich więcej niż mieszkańców. Tego dnia dotarliśmy w okolice Bimmah Sink Hole, gdzie na wybrzeżu po drugiej stronie bocznej drogi rozbiliśmy namioty. I tym sposobem do snu ukołysał nas szum fal.

Dzień II

Nasz dzień zaczął się wraz ze wschodem słońca, ponieważ w namiotach było tak gorąco, że dłużej nie dało się spać. Żeby się ochłodzić, ruszyliśmy popływać w morzu dającym delikatne ochłodzenie. O godzinie 8.00 podjechaliśmy do Bimmah Sink Hole. Jest to ogromna i głęboka dziura w ziemi wypełniona wodą, w której pływa mnóstwo rybek. Cały teren jest ogrodzony i dobrze zagospodarowany, przez co wejść można jedynie w godzinach od 8.00 do 20.00. Dzięki temu, że byliśmy dość wcześnie, mieliśmy mnóstwo miejsca i wodę praktycznie tylko dla siebie. Kiedy ok. 10.00 zaczął schodzić się tłum ludzi, my ruszyliśmy w dalszą podróż do Wadi Shab. Dotarliśmy tam po 30 minutach jazdy i wjechaniu na autostradę pod prąd. Samochody zostawiliśmy na parkingu i łódką za 1 riala w dwie strony przeprawiliśmy się na drugi brzeg rzeki. Na Wadi Shab spędziliśmy ok. 5 godzin (więcej o nim możecie przeczytać tutaj). Nabraliśmy wody w łazience na parkingu i pojechaliśmy w stronę rezerwatu żółwi, przy którym planowaliśmy spędzić kolejną noc. Poszukiwanie miejsca na nocleg okazało się bardziej skomplikowane niż zakładaliśmy, dlatego podczas rozbijania namiotów zastała nas ciemność. W pobliżu rezerwatu żółwi należy zwrócić szczególną uwagę na miejsce noclegu. Nie można tutaj rozbijać się na plażach, ponieważ zakłóca to spokój żółwi, które nocą wychodzą złożyć jaja. Nie należy również po zachodzie słońca i przed wschodem przebywać na plaży, czego pilnują strażnicy z rezerwatu.

Dzień III

Nieprzypadkowo nocowaliśmy przy rezerwacie Ras Al Jinz. Tego dnia o godzinie 5 rano ze zorganizowaną wycieczką weszliśmy na teren rezerwatu, by zobaczyć żółwie. „Zwiedzanie” to trwało ok. 2 godzin i na pewno było niezapomnianym przeżyciem. Więcej o rezerwacie możecie przeczytać we wpisie Rezerwat Żółwi Ras Al Jinz. Po wizycie u żółwi wróciliśmy na miejsce naszego obozowiska, by zjeść śniadanie i zwinąć namioty. Niedaleko naszego obozowiska była plaża, na którą nie mogliśmy wejść wieczorem ze względu na żółwie. Jednak po wschodzie słońca jest ona dostępna dla wszystkich, dlatego postanowiliśmy z tego skorzystać i trochę popływać.
Idąc na plażę natknęliśmy się na dwa małe żółwiki, które na pierwszy rzut oka wyglądały na martwe. Jednak po bliższym przyjrzeniu się im okazało się, że poruszają się. Ponieważ do wody było daleko, a słońce zaczynało coraz bardziej palić, postanowiliśmy pomóc maluchom w dostaniu się do morza. Mamy nadzieją, że tym samym uratowaliśmy dwa żółwie istnienia i teraz wesoło pływają sobie wśród fal, a za 25 lat wrócą, by w tym samym miejscu złożyć jaja (właśnie taki utopijny obraz mamy w głowie). Tego dnia postanowiliśmy pojechać na jeszcze jedną plażę należącą do rezerwatu żółwi, czyli na Ras Al Hadd. Czytaliśmy, że przy tej plaży znajduje się rafa koralowa i chcieliśmy tam posnurkować. Pełni nadziei, że popływamy wśród kolorowych rybek i żółwi, założyliśmy maski i rurki i ruszyliśmy w fale. Jednak po rafie nie było ani śladu. Jeden z Omańczyków zaproponował nam, że za opłatą zawiezie nas swoją łódką na rafę, która jest ponoć oddalona od brzegu. Niestety cena, którą podał była zbyt wysoka, a dodatkowo mieliśmy tylko 2 maski na 8 osób, więc tym bardziej snurkowanie z łódki wydało się nam bezcelowe. Wolny czas spędziliśmy więc na plaży, chociaż nie była ona zbyt klimatyczna. Pewnie zastanawiacie się dlaczego. Mimo tego, że należy ona do rezerwatu żółwi, jest też miejscem, z którego rybacy wypływają na połowy ryb. Dlatego wszędzie wkoło stały łódki rybackie, rybackie chaty i samochody, a na brzegu leżały zdechłe ryby.


Po wodnych atrakcjach tego dnia, noc postanowiliśmy spędzić na pustyni. Jest kilka opcji nocowania na pustyni w przygotowanych campingach, jednak są one dość drogie. Dlatego my zdecydowaliśmy się na maksymalnie budżetowy nocleg. Podjechaliśmy samochodem bez napędu 4×4 tak blisko piasków pustyni, jak to tylko możliwe. Dalej jak nomadzi/beduini wzięliśmy na plecy cały potrzebny nam dobytek i ruszyliśmy w wydmy. Nie musieliśmy wędrować szczególnie daleko, by poczuć się jak na totalnym odludziu, gdzie były tylko piasek i gwiazdy na niebie. Rozbiliśmy namioty, rozpaliliśmy ognisko i zasiedliśmy do kolacji. Musieliśmy bardzo uważać ponieważ wiatr był bardzo znaczny i mimo wykopania dziury na ognisko, trochę rozwiewał nam ogień.


Dzień IV

Obudziliśmy się bardzo wcześnie, żeby podziwiać wschód słońca i piasek, który wraz z natężeniem słonecznych promieni zmienia swoją barwę. Co do piasku nie mamy żadnych zastrzeżeń, jednak wschód nie był tak spektakularny, jak na pustyni w Maroko. Słońce przez cały czas było zasłonięte jakimś wszechobecnym kurzem mimo, że tego dnia nie wiało. Nie było super wow, ale warto było wstać wcześnie by ten wschód zobaczyć.

Po zrobieniu miliona zdjęć, bo kolory piasku były naprawdę piękne, zboczyliśmy nieco z drogi by opłukać się z piasku w kolejnym polecanym przez przewodnik Wadi. Tym razem było to nieco bardziej cywilizowane Wadi Bani Khalid. Znajduje się przy nim parking, a dojść do niego można dosłownie w japonkach po wybetonowanej ścieżce. My jednak nie zostaliśmy przy pierwszych basenach, tylko powędrowaliśmy dalej kamiennymi ścieżkami, aż do jaskini i wyschniętego koryta rzeki (co spotkało nas w jaskini i czy w ogóle warto iść tak daleko? O tym napisaliśmy we wpisie “Piękno omańskich Wadi” ). Nad wodą nie spędziliśmy szczególnie dużo czasu, ponieważ tego dnia chcieliśmy dojechać w okolice Nizwy. Kiedy w końcu dotarliśmy do miasta, byliśmy głodni jak wilki, dlatego pierwszym miejscem do którego chcieliśmy się udać, był jakiś coffe shop. Ze względu na godzinę nie było to łatwe. W Omanie jest coś na kształt sjesty. W ciągu dnia, w godziny największych upałów większość restauracji jest zamknięta. Nam udało się znaleźć jemeński coffe shop bardzo blisko targu. Serdecznie polecamy to miejsce, porcję jedzenia były naprawdę duże, smaczne i w odpowiedniej dla nas cenie. Można było także dogadać w niej dogadać po angielsku. Tego dnia pozostało nam już tylko zrobienie zakupów w Carrefour i znalezienie noclegu. W pobliżu Nizwy okazało się to nie być wcale takie łatwe. Długo jeździliśmy po obrzeżach miasta, ostatecznie udało nam się rozbić namioty na czymś, co wyglądało jak żwirownia. Ten nocleg nie był najprzyjemniejszy, ale było płasko i mieliśmy gdzie rozpalić ognisko.


Dzień V

Cała naszą podróż zaplanowaliśmy tak, żeby w piątek rano móc zwiedzić kozi targ. By zobaczyć go w całej okazałości, warto jest pojawić się tam wcześnie rano. My miejsca na parkingu szukamy ok. 7:00 i mimo tak wczesnej pory, nie jest to wcale łatwe zadanie. Wszędzie stoją samochody Omańczyków, ciężarówki wyładowane różnymi roślinami, pickupy z kozami na pace i samochody z wypożyczali, którymi przyjechali tu tacy jak my turyści. W oddali widać też sprzedawców dywanów, my jednak wchodzimy prosto na targ, gdzie sprzedawany jest żywy inwentarz. Od razu trafiamy na część, gdzie sprzedawane jest bydło. Wszędzie roi się od kóz, krów i wielbłądów. Omańczycy oprowadzają je wkoło czegoś na kształt areny, inni siedzą i obserwują. Kiedy coś ich zainteresuje, wołają właściciela do siebie i przyglądają się dokładnie patrząc zwierzęciu w zęby. Wszędzie panuje hałas, ludzie się przekrzykują, a zwierzaki beczą i muczą. Kozi targ jest miejscem na pewno ciekawym i wartym odwiedzenia, my nigdy wcześniej nie widzieliśmy niczego podobnego. Dalej udaliśmy się w stronę targu z rękodziełem. Cały targ podzielony jest na kilka części. Niektóre z nich znajdują się pod dachem. Tak jak część z mięsem, do której też weszliśmy, czy miejsca ze słynnym omańskim przysmakiem halwą. Akurat pod ten ostatni dach warto jest wejść i zostać nieco dłużej. Na każdym kroku można kupić różne owoce, daktyle i wspomnianą wyżej Halwę. Przysmak ten występuje w wielu smakach, my próbowaliśmy z wielbłądzim mlekiem, z kardamonem lub figami. Nie do końca wiemy, z czego dokładnie produkowany jest ten słodycz, ale był pyszny, więc będąc w Omanie musicie go skosztować. Targ w Nizwie był też jedynym miejscem w którym udało nam się znaleźć kartki pocztowe i magnesy, które kupiliśmy jako pamiątki. Niestety na większości z tych drobiazgów napisane jest made in China.

Po zakupach ruszyliśmy jeszcze na zwiedzanie fortu w Bahli. I zdążyliśmy na ostatnią chwilę. Fort otwarty jest w godzinach sb-czw. 9.00-16.00, a w piątki niestety tylko od 8.00 do 11.00. My na miejscu pojawiliśmy się chwilę po 10.00. Nie do końca pewni, czy ktoś nas tam jeszcze wpuści, ruszyliśmy do ogromnej bramy wejściowej. Po wejściu do Fortu zapytaliśmy pani przy kasie, czy mamy jeszcze szanse na zwiedzanie. Nie widziała żadnego problemu w tym, że mamy tylko 45minut. Zapłaciliśmy po 500 basi (ok.5zł) i ruszyliśmy do Fortu. Miejsce to nie ma żadnych strzałek, gdzie należy iść i czy w ogóle można wchodzić w każde miejsce. Wieże w większości były zagrodzone i nie można było na nie wchodzić, jednak dachy i wszystkie komnaty były ogólnie dostępne. Tym sposobem chodząc z jednego pomieszczenia do drugiego, wspinając się po drabinkach i schodząc do ciemnych pomieszczeń, zwiedzaliśmy 1,5 godziny. Nikt nie chciał nas stamtąd wyprosić i nikt też nas nie kontrolował. Kiedy pooglądaliśmy wszystko, co według nas było ciekawe, ruszyliśmy w najwyższe góry Omanu, a droga była przed nami długa i ciężka. Trochę się śpieszyliśmy, bo nawigacja wariowała tak bardzo, że na tej trasie pokazywała czas przejazdu 36 godzin. My jednak posiłkując się drugą nawigacją i relacjami innych osób wiedzieliśmy, że przejazd nie zajmie nam aż tyle czasu. Ciężko było jednak nam stwierdzić, jak szybko będziemy mogli jechać bez napędu 4×4. Pierwszy odcinek drogi pokonaliśmy dość szybko, dlatego spragnieni wody zatrzymaliśmy się nad nieco wyschniętą rzeczką. Wody nie było za wiele, ale obok była łazienka, gdzie mogliśmy się umyć. Przyjemny asfalt z czasem zamienia się w górskie serpentyny, aby na koniec przestać być asfaltem. Droga jest kręta, szutrowa, a my trafiliśmy o tyle źle, że jechało tamtędy w tym samym czasie 30 jednośladów. Nasi kierowcy musieli bardzo uważać, bo motocykliści pojawiali się nagle zza zakrętu i próbowali nas wymijać w nie do końca bezpieczny sposób. Droga od Nizwy do Jabel Shams Resort zajmuje ok. 2 godzin, jest to zaledwie 61 km, ale droga nie sprzyja samochodom bez napędu 4×4. Da się ją jednak pokonać zwykłym samochodem, my daliśmy radę, więc Wy na pewno też sobie poradzicie. Kawałek za Resortem znaleźliśmy kawałek płaskiego terenu, gdzie rozbiliśmy nasze 3 namioty. Bardzo ochoczo odwiedzały nas tam kozy, więc trzeba uważać na swój dobytek, co by go nie zjadły. Standardowo wieczór zakończyliśmy ogniskiem i obiado-kolacją.

Dzień VI

Ten dzień przeznaczyliśmy na zdobycie najwyższego szczytu Omanu dostępnego dla turystów. Wstaliśmy wcześnie rano, by skoro świt wyruszyć na szlak. Nie do końca nam się to udało, ponieważ po tej zimnej nocy byliśmy wyjątkowo ospali. Droga na szczyt jest bardzo długa, bo według maps.me w jedną stronę to 11 km. Na najwyższym szczycie (3075 m n.p.m.) znajduje się baza wojskowa, więc jest on niedostępny. Dlatego szlak prowadzi na drugi co do wielkości południowy wierzchołek. Droga prowadziła po stromych i ostrych kamieniach i była bardzo, bardzo długa. Ruszyliśmy o 6:40 i mimo dość dobrego tempa, wracaliśmy po zachodzie słońca. Warto być na to przygotowanym, mieć przy sobie latarki i coś do okrycia się przed zimnem. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spada, o czym przekonaliśmy się w nocy w namiotach. W obie strony szlak zajął nam 12 godzin, a palące słońce oraz długość trasy dały nam w kość. Więcej o tym szlaku piszemy w Góry Omanu – Jabel Shams i Wielki Kanion.


Dzień VII

Tego dnia część naszej ekipy jechała nocnym autobusem do Dubaju i dalej do Polski, dlatego nie mieliśmy zbyt wiele czasu. No ale nie mogliśmy sobie odpuścić Balcony Walk. Droga w kanionie jest łatwa, prowadzi trawersem w głąb, kończąc się przy opuszczonej „wiosce” Sab Bani Khamis. Miejsce jest bardzo malownicze, a spacer przyjemny. Szlak zajął nam ok. 3 godzin, w obie strony idzie się ta samą trasą. Po tym przyjemnym poranku pozostał nam powrót do Maskatu i odstawienie dziewczyn na dworzec autobusowy. Droga do stolicy zajęła nam ok. 3,5 godziny. Dziewczyny kupiły bilety powrotne do Dubaju i tu uwaga(!) Można było zapłacić jedynie kartą. My postanowiliśmy spędzić noc nad zatokami Bandar Al Khairan. Droga przejazdu do Viewpoint przy zatokach zajmuje według mapy ok. 45 minut. My jednak wcześniej zatrzymaliśmy się przy wraku statku (GPS 23°31’05.3″N 58°42’18.2″E) oraz przy dwóch innych plażach, szukając idealnych miejsc na rozbicie namiotu. Krążyliśmy tak, ponieważ o Viewpoincie słyszeliśmy niezbyt pochlebne opinie. Jest dość wietrznie i nocą przyjeżdżają tam miejscowi, by głośno posłuchać muzyki. Po wielu poszukiwaniach zdecydowaliśmy się jednak pojechać na punkt widokowy. Baliśmy się rozbijać na plażach, ponieważ nie znamy się jakoś wybitnie na przypływach i odpływach. Nie chcieliśmy obudzić się rano z namiotem rozbitym w morzu. Na Viewpoincie oczywiście w nocy muzyka leciała na cały regulator i wiało, ale widok z rana wynagrodził nam wszystko.

VIII Dzień

Dzień zaczęliśmy od snurkowania w zatokach, było tam mnóstwo kolorowych rybek. Żałowaliśmy, że mamy tak mało czasu, ponieważ zatoki były cudowne i chciałoby się je opłynąć całe. Jednak musieliśmy wrócić do Maskatu, zrobić ostatnie zakupy, doprowadzić samochody do porządku i oddać je do wypożyczali. Chłopaki pojechali oddać auta, a my koczowałyśmy na plaży. Wiele osób podchodziło do nas i pytało czy nie potrzebujemy pomocy. Wiele osób podawało swój numer telefonu, mimo że zapewniałyśmy, że wszystko jest dobrze i nie potrzebujemy pomocy. Jest to bardzo miłe ze strony tych ludzi, ale z czasem też męczące. Chłopaki wrócili dość późno, ponieważ droga z wypożyczali okazała się o wiele bardziej zawiła niż na mapie. Okazało się, że po drodze jest prywatna plaża, którą nie mogą przejść, więc musieli nadrabiać kilka kilometrów na około. Wieczorem ruszyliśmy na autobus. Na szczęście dworzec autobusowy nie był daleko. Z całego serca możemy polecić to miejsce na nocleg (GPS 23°36’20.0″N 58°21’38.2″E) i na przeczekanie do autobusu. Plaża jest przyjemna, trochę na niej śmieci, jak niestety w całym Omanie, ale oprócz tego nie mamy jej nic do zarzucenia. Jechaliśmy nocnym autobusem firmy Mwasalat. Na granicy tylko mężczyźni byli dokładnie przeszukiwani. Kazano im wyjmować wszystkie rzeczy z plecaków i po kolei tłumaczyć się ze wszystkich podejrzanych dla strażników rzeczy. Szczególną uwagę zwracano na przewożone tabletki.

Dzień XIX

Przyjechaliśmy do Dubaju ok. godziny 6.00 i metrem ruszyliśmy do naszej przyjaciółki na przeczekanie do wieczornego samolotu w kierunku Polski. Ale to już inna i nie do końca szczęśliwa historia…

Zapraszamy do innych naszych wpisów dotyczących Omanu. Większość z nich macie podlinkowanych w tekście, co powinno ułatwić wam sprawę. Oman jest miejscem pięknym i spełnił, a nawet przerósł wszystkie nasze oczekiwania. Jedynym dużym problemem są tam wszechobecne śmieci. Dlatego prosimy was jeśli tam będziecie zabierajcie wszystkie wasze śmieci ze sobą i wyrzucajcie do śmietników. Dzięki temu nie trafi to do morza i przynajmniej snoorkować będzie się zacnie, a i biwakuje się na pewni lepiej gdy dookoła nie leżą plastikowe butelki i reklamówki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *