Trekking po Izraelu – pustynia Negew i Morze Martwe

W Izraelu byliśmy w listopadzie i to była dla nas pierwszą okazją do zwiedzenia tego malowniczego kraju. Nie zamierzaliśmy jej zmarnować i podzieliliśmy tygodniowy pobyt na zanurzenie się w sacrum Jerozolimy, trekking po pustyni oraz odpoczynek nad Morzami Martwym i Czerwonym. Po dwudniowym pobycie w Jerozolimie wyruszyliśmy więc na południe w kierunku Morza Martwego. O naszych przygodach z izraelską branżą transportową przeczytacie tutaj.

Ostatecznie po półtorej godziny jazdy dojechaliśmy do Ein Bokkek. Po drodze mijaliśmy dwie atrakcje turystyczne, które ze względu na brak czasu musieliśmy odpuścić: Masadę, z górą i ruinami starożytnej twierdzy, oraz Ein Gheddi, kiedyś słynące z plaży nad Morzem Martwym i parkiem krajobrazowym. Dzisiaj pozostała jedynie ta druga atrakcja, Morze Martwe z roku na rok kurczy się i obecnie jego brzeg znajduje się już kilkaset metrów od miasta, nad czym z pewnością ubolewają tamtejsi mieszkańcy.

Ein Bokkek robi niesamowite wrażenie. Polecamy wizytę tam każdemu, nawet jeśli nie lubi  pływać. Unoszenie na wodzie sprawia niesamowite wrażenie, no i nie można zapomnieć o obowiązkowym prysznicu po wyjściu z wody. Sól lepiej spłukać, żeby nie została na ubraniach i ciele. Do tego warto dodać piękne widoki: góry, pustynię i Jordanię rozciągniętą po drugiej stronie Morza.

Po kilkugodzinnym wypoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. 200 kilometrów dzięki autostopowi zrobiliśmy błyskawicznie. Jeszcze intensywny 5-kilometrowy marsz i już byliśmy pod bramami Timna Park, które miały otworzyć się następnego dnia o godzinie 8:00 i wpuścić nas w swoje progi. Tymczasem nie spotkaliśmy tam nikogo i noc spędziliśmy pod murem, w miejscu, które według izraelskich standardów, miało być bezpłatnym polem kampingowym.

Timna Park zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Przeszliśmy podstawową (chociaż wymagającą w upalnej, jak na polskie warunki, temperaturze) trasę przez górę Timna, filary Salomona, pozostałości staroegipskiej świątyni, by po 3 godzinach marszu dotrzeć do oazy, ze sztucznym jeziorkiem na środku. Tam zjedliśmy obiad, nasz główny punkt kulinarny wizyty w Izraelu, czyli kaszę kuskus z ”gorącym kubkiem”. Jednocześnie, w tym miejscu pragniemy podziękować obsłudze restauracji, którzy poratowali nas wrzątkiem, przez co nie umarliśmy z głodu i możemy teraz dla Was pisać tę relację 😉

Błyskawicznie dotarliśmy do Eilatu, znajdującego się 30 kilometrów na południe od Timna Park. Sympatyczna rosyjska para zabrała nas praktycznie prosto z oazy, dzięki czemu uniknęliśmy 8-kilometrowego marszu asfaltem do bram Parku. Jednak co się odwlecze to nie uciecze, tak więc i my nadrobiliśmy tę odległość kilka godzin później, kiedy w Eilacie maszerowaliśmy na darmową plażę znajdującą się kilka kilometrów w stronę granicy z Egiptem. O naszej wizycie w tym mieście przeczytacie tutaj.

Przez dwa dni mieliśmy co robić, Agnieszce bardzo spodobał się snorkling, który jednak nie przypadł mi do gustu. Przygotujemy jednak osobny artykuł o nim, a także o naszej próbie przebycia granicy z Egiptem i związanymi z tym przygodami. Ostatniego dnia, w drodze na lotnisko w Ovdzie, postanowiliśmy zwiedzić Red Canyon, do czego wiele osób nas zachęcało. Sam dojazd tam nie jest skomplikowany. Jedzie się ponad pół godziny autobusem linii 392 i kosztuje to 12 szekli. Nasz plan był prosty – dojechać do Red Canyon pierwszym autobusem, zrobić trekking i ostatnim autobusem pojechać dalej na lotnisko, gdzie planowaliśmy spać.

Na naszym genialnym planie szybko pojawiły się rysy. Otóż na dworcu autobusowym musieliśmy być o godzinie 9:00. Niestety, w Eilacie tak wcześnie nie jeżdżą autobusy miejskie. Musieliśmy więc całą 7,5 kilometrową trasę ponownie iść pieszo. Udało nam się jednak zdążyć na 392. Sam Red Canyon wygląda niezwykle malowniczo, jednak nie zrobił na nas aż tak wielkiego wrażenia, jak przykładowo Timna Park. Przy dużej ilości turystów, którzy czekali w kolejce przy wąskich przejściach i dwóch drabinkach (tak, są tam takie), robiło się tłoczno, niczym na Giewoncie w szczycie sezonu.

Najkrótsza trasa zajmuje ponad godzinę, najdłuższa ponad 3 i właśnie tą wybraliśmy. Kiedy doszliśmy w końcu do przystanku autobusowego, została nam ponad godzina do przyjazdu transportu. W międzyczasie próbowaliśmy złapać stopa, ale żaden z pojedynczych kierowców nie zatrzymał się. Za to kilku kierowców wyjeżdżających z Red Canyon w drugą stronę, do Eilatu, chciało nas zabrać, jednak nie interesował nas ten kierunek.

Kiedy dotarliśmy na lotnisko, była dopiero godzina 15:00, jednak nie bardzo mieliśmy co ze sobą zrobić. Lotnisko jest jednocześnie bazą wojskową, więc nie można tam ani spać ani nie ma miejsca na rozsiadanie się. Z sympatią wspominaliśmy lotniska w Budapeszcie czy Bergen, z zagwarantowanymi tam wszelkimi wygodami. Noc spędziliśmy za przebiegającą w pobliżu drogą nr 12, by wrócić rano i odprawić się przed wylotem do Polski.

Możesz nas znaleźć również na fb – www.facebook.com/ruszamywdroge

Po więcej zdjęć zapraszamy na Instagrama – www.instagram.com/ruszamywdroge/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *