Everest Base Camp

Dzień 0 (Katmandu)

Planowaliśmy znaleźć miejsce, skąd autobusy odjeżdżają do Salleri (miasteczko rozpoczęcia naszego treku). Nepalczycy jednak nie potrafili lub nie chcieli nam pomóc. Odsyłali nas od dworca do dworca, skąd rzekomo miały jutro ruszać autobusy. Do hostelu wracaliśmy bez żadnych pewnych informacji, czy te autobusy odjeżdżają czy nie. Właściciel jakby na to czekał. Podzwonił w kilka miejsc i dowiedział się, że przez dłuższy tegoroczny monsun niektóre drogi w tamtym rejonie są w fatalnym stanie. Autobusy rzekomo jeżdżą, ale nie do końca trasy. Błyskawicznie załatwił nam jeepa odjeżdżającego spod hostelu do samego Salleri (za 2000 NRP od osoby). Wiedzieliśmy, że ma w tym interesie dobrą prowizję, jednak zgodziliśmy się niego. Przy okazji poznaliśmy dwóch Czechów: Radko i Staszko (ojciec i syn), którzy mieli nam towarzyszyć w tej podróży.

Dzień przed wyjazdem uzupełniliśmy także swoje zapasy sprzętu i żywności. Ceny na Thamelu były następujące:

Tabletki uzdatniające wodę 100 szt. – 360 NRP
Chleb tostowy – 80 NRP
Płatki owsiane 500 g. – 120 NRP
Zupka chińska (koreańska 🙂 ) – 140 NRP
Rolka papieru toaletowego – 70 NRP
Daktyle 700 g. – 120 NRP
Mieszanka studencka – 50 NPR (100 g) / 100 NPR (200 g)
7 główek czosnku – 200 NRP
Imbir kilka sztuk – 100 NRP
Herbata – 150 NRP
Kijki trekkingowe – 900 NRP
Butla gazowa – 670 NRP
Palnik – 1800 NRP
Spork (widelco-łyżko-nóż) – 330 NRP
Masło orzechowe – 360 NRP
Piwo – 280 NRP

Tego dnia moglibyśmy kupić też Permit i TIMS pod trekkking na EBC, ale postanowiliśmy zrobić to już na szlaku, w okolicach Monjo. Ceny są podobne na obu trekach: Permit 3000 NRP za osobę, natomiast TIMS 2000 NRP za osobę.

W ramach ciekawostki, żebyście mogli się łatwiej przygotować, wklejamy koszty rzeczy dokupowanych dwa tygodnie później pod Annapurnę Circuit:

Kokos w opakowaniach – 100 NRP
Migdały – 150 NRP
Nerkowce – 170 NRP
Orzechy włoskie – 170 NRP
Kulki sezamowe na słodko – 350 NRP
4 x zupki chińskie – 60 NRP
Pasta do zębów – 65 NRP
8 batonów – 440 NRP
Twarde słodkie cukierki – 70 NRP

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Dzień 1 (Katmandu-Salleri)

Na jeepa mieliśmy czekać o godzinie 4.45, jednak przyjechał „po nepalsku”: koło 5. Zawiózł nas na dworzec autobusowy przy Chabahil Chowk (skąd najprawdopodobniej odjeżdżają też autobusy), gdzie staliśmy kolejną godzinę. W tym czasie dosiadła się do nas jedna osoba. Potem zrobiliśmy jeszcze objazd obrzeżami miasta, skąd kierowca zabierał 3 kolejnych podróżnych. Było nas więc 8 + kierowca. Jeep miał zdecydowanie za mało miejsca. Być może niskim Nepalczykom było w nim wygodnie, jednak Krzysiek i dwóch Czechów siedziało z podkulonymi nogami. Jeżeli macie możliwość, nie wybierajcie miejsca z tyłu, bo tam miejsca na nogi jest jeszcze mniej.

Droga do Salleri początkowo prowadzi asfaltem, który potem przechodzi w utwardzoną drogę gruntową. Jechaliśmy przez tereny dotknięte trzęsieniem ziemi w 2015 roku. Kilka mostów było zerwanych, a droga prowadziła na około, przejeżdżając przez rzekę na żywioł. Mijaliśmy też osuwiska błota, kamieni i gałęzi. W tych miejscach parokrotnie droga nad przepaścią zwężała się tak, że serce podchodziło nam do gardeł. Po drodze złapaliśmy gumę, jednak widać było, że dla kierowcy to nie pierwszyzna. Błyskawicznie wymienił oponę i mogliśmy ruszyć dalej.

Droga była niezwykle długa i męcząca. To było najdłuższe 128 km w naszym życiu. Po drodze robiliśmy oczywiście przerwy, w tym jedną na obiad, jednak i tak było mocno niewygodnie. Do Salleri (2309 m.n.p.m.) dotarliśmy już po zmierzchu o godzinie 18.30.

Spaliśmy w czteroosobowym pokoju. Ładowanie telefonu i ciepła woda na tym etapie podróży była jeszcze darmowa. Przemiła właścicielka lodgy, mimo późnej pory, przygotowała nam kolację.

Nocleg wyniósł nas 250 NRP, obiad na trasie 400 NRP, a kolacja 500 NRP. Wszystkie ceny za 2 osoby.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Dzień 2 (Salleri-Jubing) – 6,5 h / 11 km

Dzień rozpoczęliśmy śniadaniem o 7, na które składały się ziemniaki z naanami i herbata (180 NPR za osobę). Średnio się najedliśmy, co tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy kupując płatki owsiane na kolejne dni. Na godzinę 8 mieliśmy mieć załatwionego jeepa do miejscowości Ringmo, co miało pomóc nam zaoszczędzić kilka godzin. Według map pieszy trekking do tej miejscowości miał zająć ponad 6 godzin, dlatego postanowiliśmy skrócić ten czas. Później żałowaliśmy tej decyzji. Jeep był spóźniony, zawiózł nas jedynie do Phaplu, gdzie czekaliśmy kolejną godzinę na drugiego jeepa mającego dostarczyć nas już do Ringmo. Ten okazał się prawie dwa razy droższy od ceny podanej dzień wcześniej (ta wzrosła z 600 do 1000 NRP od osoby). Ostatecznie udało się stargować do 800 NRP za osobę.

Droga była w fatalnym stanie i jechaliśmy nią dwie godziny. Wiele razy przejeżdżaliśmy przez strumienie, a nawet nie liczymy, jak często zakopywaliśmy się w błocie. Kierowca miał, delikatnie mówiąc, ciekawy styl jazdy. Napęd 4×4 włączał dopiero, kiedy był zakopany w błocie. Następnie gazował auto tak, że czuć było palone sprzęgło, a błoto i ziemia rozpryskiwały się we wszystkie strony. Drugi Nepalczyk siedzący na pace podrzucał mu w tym czasie kamienie pod koła. Raz musieliśmy też wysiąść i pomóc w tym procederze. Kierowca po drodze zbierał pasażerów, których umieszczał na pace. Tym sposobem zdarzały się momenty, że jechało nas 13 osób.

Po 11 wyruszyliśmy z Ringmo na szlak. Tym sposobem już naprawdę rozpoczęliśmy swój trekking na Everest Base Camp. Himalaje przywitały nas po swojemu – półtoragodzinnym stromym podejściem do wierzchołka, na którym znajdowała się stara stupa. Następnie praktycznie cały dzień szliśmy w dół. Zejście było śliskie, momentami dość strome. Po drodze czekało nas wiele przejść przez rzeczki i strumyki, zaliczyliśmy także swoje pierwsze wiszące mosty. Roślinność była niezwykle zróżnicowana i soczyście zielona. Słyszeliśmy, że w tym miejscu można spotkać małpy, nam się jednak nie udało.

Na trasie było wiele krów. Agnieszka chciała zrobić sobie z jedną zdjęcie, jednak to ewidentnie nie spodobało się bykowi, który na nią zaszarżował. Na szczęście udało się odgonić go kamieniami (Nepalczycy się nie bawią w tańcu, noszą ze sobą wielkie grube kije, którymi biją byki po głowach). Na trasie widzieliśmy też pierwsze osły i kozy, które miały nam towarzyszyć przez kilka następnych dni.

Przed miejscowością Jubing (2000 m.n.p.m.) rozpoczęło się bardzo strome podejście do góry. Rozpadał się też silny deszcz. Planowaliśmy dojść do kolejnej miejscowości, jednak zmęczeni zatrzymaliśmy się w Jubing na noc.

Nocleg wyniósł nas 200 NRP za pokój. Ładowanie telefonu było darmowe, nie było jednak wifi. Za wiadro ciepłej wody płaciliśmy 150 NRP na osobę.

Za kolację płaciliśmy 750 NRP za dwie osoby + 100 NRP za dwie herbaty.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Dzień 3 (Jubing-Sonam Lodge) – 8 h / 9.6 km

Od rana droga prowadziła cały czas pod górę, aż do Karikoli. Na początku tej dużej miejscowości znaleźliśmy stupę, do której prowadziły 145 schody. Warto było jednak do niej podejść. Pomimo średniej pogody czekały nas piękne widoki na otaczające szczyty.

Aplikacja maps.me prowadziła przez miasteczko dwoma drogami: górną i dolną. My wybraliśmy tą górną, więc musieliśmy się trochę wspiąć, przejść przez jakąś szkołę, następnie plac budowy, by ostatecznie zejść na dół. Strata czasu, lepiej iść od razu dolną drogą. Przed Karikolą miało miejsce nasze pierwsze spotkanie z pijawkami. Oboje zostaliśmy ugryzieni przez te mało sympatyczne stworzenia.

Wychodząc z Karikoli odrobinę się zagadaliśmy i minęliśmy ścieżkę, która odbijała od głównej drogi. Dotarliśmy do rzeki bez mostu, po którym dadzą radę przejechać jeepy, ale nie przedostaną się ludzie. Musieliśmy się trochę cofnąć, znaleźć wspomnianą ścieżkę i zejść nią stromo w dół do rzeczki. Po przejściu przez kładkę dla pieszych droga ponownie szła stromo do góry. Dalej było tylko gorzej. Kolejne 2 godziny to jedno z najcięższych podejść podczas całego trekkingu. Droga do Bupsy była stroma i niezwykle wymagająca. Trochę płaskiego znaleźliśmy w lesie, ale ścieżka już za chwilę zrewanżowała nam się bardzo stromym podejściem.

W Bupsie byliśmy o 11.30, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na herbatę i drugie śniadanie. Kiedy odpoczywaliśmy, przeszły koło nas 3 karawany osłów. Idą one dość bezmyślnie, popędzane z tyłu przez Nepalczyków. Jeden z nich (osłów, nie Nepalczyków) nadepnął Agnieszce na stopę. Na szczęście buty trekkingowe dały radę. W dalszą drogę wyruszyliśmy o 12.30. Już po pół godzinie znów dopadł nas silny deszcz. Droga prowadziła raz w górę raz w dół. Mimo braku znaczącego przewyższenia ten odcinek należy do niezwykle ciężkich. Szczególnie kiedy pada deszcz. Ścieżki zamieniają się w potoki błota, kamienie robią się bardzo śliskie i niebezpieczne, zaś dżungla od razu robi się bardzo parna. Człowiek ma wrażenie, że jest w saunie. Wiedzieliśmy, że i tego dnia nie dotrzemy tam, gdzie planowaliśmy. Himalaje-Ruszamy w nieznane 2:0. Chcieliśmy po prostu dotrzeć najdalej jak się da. Liczyliśmy, że deszcz w pewnym momencie przestanie padać tak mocno. Dotarliśmy do pierwszej miejscowości na mapie, gdzie według maps.me miały znajdować się lodge. Pierwsza była zamknięta. Postaliśmy tam chwilę pod dachem, po czym ruszyliśmy dalej. Druga lodga także nie istniała. Przypadkowo znaleźliśmy się przed drzwiami wejściowymi do czyjegoś domu. Zapytaliśmy czy możemy skryć się przed deszczem i dostaliśmy pozwolenie. Zrzuciliśmy z siebie mokre plecaki, usiedliśmy za stołem i zapadła niezręczna cisza. My nie mówiliśmy po nepalsku, oni po angielsku i tak sobie siedzieliśmy dłuższą chwilę. W końcu udało nam się jednak porozumieć na tyle, że dowiedzieliśmy się o działającej lodgy w dalszej części wioski. Ochoczo ruszyliśmy więc dalej. Po drodze deszcz zelżał, dlatego postanowiliśmy zaryzykować i iść dalej. Po godzinie ciężkiego trekkingu po mokrych kamieniach znów zaczęło padać. Tym razem wiedzieliśmy, że musimy skończyć wędrówkę. Akurat znajdowaliśmy przed wyjściem z jakiejś wioski w kompletny las. Znaleźliśmy ostatnią lodgę, inaczej musielibyśmy iść kolejne 2 godziny w coraz mocniejszym deszczu. Spaliśmy w Sonam Lodge na wysokości 2880 m.n.p.m.

Za nocleg płaciliśmy 300 NRP za dwie osoby. Dal bhat kosztował 550 NRP za porcję, my jednak jedliśmy ryż z jajkiem i serem za 380 NRP. Ładowanie baterii kosztowało 200 NRP.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Dzień 4 (Sonam Lodge-Chaplu) – 7,5 h / 13 km

Planowaliśmy wstać o 4 rano, by jak najszybciej wyruszyć na szlak. Jednak kiedy zadzwonił budzik, na zewnątrz wciąż padało, deszcz tłukł o dach i nie zapowiadało się, żeby przestał. Dwa razy przestawialiśmy budzik, by w końcu wstać o 5.22, kiedy nareszcie przestało padać. O 6.30 byliśmy gotowi do wyjścia, jednak na zewnątrz znów rozległ się dźwięk, jak gdyby cały nepalski monsun skumulował się akurat w tym miejscu. 45 minut czekaliśmy na przejaśnienie. Wtedy nareszcie mogliśmy ruszyć w nieznane. Początkowo trasa wznosiła się do góry, by po chwili delikatnie opadać w dół. Tego dnia nie mieliśmy szczęścia. Po pół godzinie marszu deszcz ponownie rozpadał się. Schowaliśmy się pod wiszącą skałą, żeby przeczekać załamanie pogody. Czekaliśmy 30 minut, a deszcz wciąż padał. Nie mogliśmy jednak już dłużej czekać i ruszyliśmy w niego. Na szczęście po chwili zamienił się w mżawkę i mniej lub bardziej towarzyszył nam do końca. Droga prowadziła w dół aż do Surke, gdzie mieliśmy problem z przejściem przez rzekę. Po tegorocznych opadach most był całkowicie zerwany. Na szczęście znaleźli się Szerpowie, którzy przeprowadzili nas przez tymczasową zastępczą kładkę. Po wyjściu z miejscowości droga ruszyła stromo do góry, momentami było bardzo ślisko. Mieliśmy też towarzystwo w postaci watahy psów. Dwa psy w ferworze walki prawie zrzuciły Krzyśka do rzeki. Na szczęście udało mu się utrzymać równowagę. Przez chwilę mieliśmy też samozwańczego przewodnika, w postaci Chińczyka, który szedł koło nas i widząc nasze tempo marszu wciąż powtarzał „danger” i „slow”. Od Surke było bardzo dużo schodów i droga wciąż wiła się pod górę. Szlak bardziej płaski zrobił się w miejscowości Chaurikharka. Do Cheplung (2700 m.n.p.m.) dotarliśmy o 14.45, gdzie znaleźliśmy bardzo klimatyczny nocleg. Byliśmy przemoczeni, ale na szczęście zdążyliśmy przed największym deszczem.

Za pokój płaciliśmy 100 NRP, Dahl Bat kosztował 450 NRP, wi-fi i ładowanie darmowe, ciepły prysznic 200 NRP.

My jedliśmy 2 x egg noodles za, które daliśmy 800 NRP. 4 herbaty kosztowały nas 280 NRP.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Dzień 5 (Chaplung-Namche Bazar) – 8,5 h / 15 km

Żeby nadrobić stracony czas, wyszliśmy o 5. Trasa rozpoczęła się od zejścia w dół, do Phanding. Przy wejściu do miejscowości okazało się, że Krzysiek ma duże problemy z plecakiem, którego szelki wbijały mu się w barki. Za Phanding jednak znacznie przyśpieszyliśmy. Do Monjo droga szła lekko w górę i w dół. Tutaj szlak łączył się już z najbardziej popularną turystycznie trasą z Lukli, dlatego spotkaliśmy o wiele więcej osób. Po raz pierwszy przez cały dzień mieliśmy ładną pogodę. W Monjo kupiliśmy wejściówkę na teren parku, a 20 minut drogi dalej permity. Przed wylotem do Nepalu dostaliśmy informację, że potrzebne są do nich zdjęcia, dlatego w dzień wyjazdu Krzysiek biegł do zakładu fotograficznego, żeby je zrobić. Ostatecznie okazały się one na EBC niepotrzebne. 15 minut drogi za Monjo rozpoczęło się jedno z najgorszych, trwających 2 godziny, podejść podczas całego trekkingu. Do Namche Bazar (3440 m.n.p.m.) dotarliśmy po godzinie 13. Czekała nas tam przykra niespodzianka. Okoliczne hotele zmówiły się i wyśrubowały bardzo wysoką cenę 1000 NRP za dwie osoby. Co ciekawe, jeśli nie zjecie tam obiadu i śniadania, zapłacić musicie 500 NRP więcej.

Po południu pogoda zepsuła się. W lodgach było już dość zimno, jest też bardzo wysoka wilgotność. Nasze ubrania, mokre od deszczu, nie chciały schnąć. Wszystkie były przemoczone, musieliśmy pakować je pod śpiwory, żeby chociaż trochę przeschły. W głównej sali naszej lodgy stał telewizor, więc mogliśmy zapoznać się z nepalskimi programami. No cóż, nie było to rewelacyjne doświadczenie, wiele filmów wprost wzoruje się na hinduskim Bollywood. Krzysiek był zachwycony, po raz pierwszy od kilku dni jadł mięso.

Za nocleg zapłaciliśmy wspomniane 1000 NRP za pokój. Wifi i ładowanie było darmowe. Obiad jedliśmy za 450 NRP i 500 NRP. Hot lemon kosztował 100 NRP za osobę.

Dal Bhat kosztował 550 NRP.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Dzień 6 (Namche Bazar-Everest View Point-Namche Bazar) – 3 h / 4 km

Na ten dzień mieliśmy zaplanowany dzień aklimatyzacyjny. Weszliśmy na taką wysokość, że należało zachować się do zasad mających uchronić nas przed chorobą wysokościową. Po pierwsze stopniowe zdobywanie wysokości. Dziennie nie powinno się spać wyżej niż 400-500 metrów niż poprzedniego dnia. W myśl zasady „wchodź wysoko, śpij nisko”, co kilka dni powinno się robić taką właśnie aklimatyzację. Spędzić 2 noce w danej miejscowości, w międzyczasie wchodząc kilkaset metrów wyżej. My jeszcze wtedy byliśmy na tyle naiwni, że wierzyliśmy w zobaczenie Mount Everestu. Planowaliśmy wejść na Everest View Point 500 metrów wyżej, a następnie wrócić do Namche Bazar i spędzić tam drugą noc. W tym dniu zaczęliśmy też pić o wiele więcej wody (zaleca się między 3-5 l na osobę) oraz jeść czosnek.

Chociaż szliśmy „na lekko”, mając tylko jeden ważący kilka kilogramów plecak, to przewyższenie dało nam się we znaki. Po drodze mijaliśmy kilka tzw. „view points”, jednak przez zachmurzenie na żadnym nie było widać najwyższej góry świata. Na ostatnim punkcie wiatr na chwilę rozwiał chmury i było widać fragment jakiejś góry. Do tej pory jednak nie wiemy jednak, jaki to był szczyt. Po drodze spotkaliśmy mało turystów. Do Namche wróciliśmy po 3 godzinach.

Maps.me lubi tutaj wprowadzać w błąd. Z Namche Bazar do Tengboche wytycza drogę stromo do góry. Idąc tą trasą robi się kilkaset metrów niepotrzebnego przewyższenia. Lepsza droga prowadzi dołem. Kolejnego dnia mieliśmy pójść właśnie nią.

Śniadanie dla dwóch osób wyniosło nas 700 NRP, za dwie herbaty zapłaciliśmy 180 NRP.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Dzień 7 (Namche Bazar-Tengboche) – 4,45 h / 9.3 km

W odwiedzonych przez nas lodgach (herbaciarniach) ceny śniadania były niewiele tańsze od dań obiadowych. Dlatego, żeby uniknąć dodatkowych dopłat, tego dnia zdecydowaliśmy się zjeść na śniadanie ryż z warzywami za 900 NPR za dwie osoby. To było dobre rozwiązanie, gdyż trzymało nas bardzo długo. O 8 rano ruszyliśmy we mgle w nieznane. Według przewodników powinniśmy wokół siebie oglądać ośnieżone siedmiotysięczniki. Niestety, rzeczywistość przyniosła nam mgłę, która skryła wszystko.

Wyjście z Namche Bazar prowadzi stromymi schodami do góry. Samo wyjście z tej rozległej miejscowości, liczącej ponad 2000 mieszkańców, zajęło nam 20 minut. Ruszyliśmy drogą, którą wybraliśmy poprzedniego dnia. Przez pierwsze dwie godziny trasa była w miarę płaska, szliśmy szybkim, równym tempem. Dopiero przed rzeką droga zeszła gwałtownie w dół. Po przejściu przez wodę rozpoczęło się jedno z dwóch najgorszych, oprócz tego do Namche Bazar, podejść podczas całego treku. Przez dwie godziny pięliśmy się ostro pod górę, robiąc ponad 600 metrów przewyższenia. Na szczęście nie padało, jednak wysokość już zaczęła robić swoje i oddychało się trochę ciężej niż podczas poprzednich etapów wędrówki. Agnieszkę rozbolała głowa, jednak nie potrafiliśmy powiedzieć, na ile było to związane z wysokością. Po drodze raz za razem mijaliśmy Jaki, z których hodowli słyną lokalni mieszkańcy.

W Tengboche (3867 m.n.p.m.) jest najwyżej położony buddyjski klasztor w Nepalu, jednak przez silną mgłę nie zrobił na nas wrażenia. Do lodgy dotarliśmy przed godziną 13. Po zostawieni rzeczy postanowiliśmy podejść jeszcze 300 metrów do góry, gdzie znaleźć mieliśmy pięknie położoną stupę. Niestety, mgła, deszcz oraz świadomość, że czeka nas jeszcze tydzień ostrego trekkingu, ostudziły nasz zapał. Podeszliśmy zatem 150 metrów wyżej i symbolicznie dotknęliśmy granicy 4000 metrów.

Lało już do końca dnia.

W tej lodgy, podobnie jak w Namche Bazar, znaleźliśmy informację, że zapłacimy za pokój 1500 NRP, jeśli nie zjemy w niej posiłków.

Ostatecznie za nocleg daliśmy 500 NRP, a jedliśmy tylko obiad, bez śniadania.

Dal Bhat kosztował 700 NRP, pełne ładowanie baterii 250 NRP, a gorący prysznic za 500 NRP. Za obiad zapłaciliśmy 1200 NRP za dwie osoby. Hot lemon i czarna herbata po 100 NRP za sztukę.

Pierwszy raz spotkaliśmy się z tym, że Nepalczycy palili w kozie w głównej sali kupą jaka, która jest niezwykle kaloryczna.

………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Dzień 8 (Tengboche-Dingboche) – 4,5 h / 10 km

Żeby uniknąć deszczu, wyszliśmy na szlak o 7.30. Początkowo schodziliśmy w dół, za rzeką droga zaczęła piąć się delikatnie w górę. Kiedy się obudziliśmy, za oknem była piękna pogoda i spodziewaliśmy się takiej podczas trekkingu. Rzeczywistość zawiodła jednak nasze oczekiwania. Od początku towarzyszyła nam lekka mżawka. Trasa nie była zbyt ciężka, po drodze mijaliśmy kilka stup skąpanych we mgle. O 11 zeszliśmy do poziomu rzeki, skąd zaczęło się ostre podejście. Byliśmy już na wysokości 4000 metrów, dlatego dało nam się ono mocno w kość. Wiał silny wiatr, a chmura w którą weszliśmy, osadzała na nas drobinki wody. W południe dotarliśmy do Dingboche. Wcześniej w internecie znaleźliśmy nocleg z dobrymi opiniami, jednak niestety był w remoncie. Znaleźliśmy inne miejsce, przytulną „Peaceful lodge”. Co ciekawe, spotkaliśmy tam Czechów, z którymi tydzień wcześniej podróżowaliśmy jeepem z Katmandu do Salleri. Miło było na tej wysokości usłyszeć słowiański język. Szczególnie jeśli przekazywał nam prognozę pogody mówiącą, że za 3 dni będzie ładna pogoda.

Agnieszkę, podobnie jak poprzedniego dnia, bardzo mocno bolała głowa. Krzysiek czuł się dobrze, jednak jeszcze w Namche Bazar odnowiła mu się kontuzja pleców.

Za pokój zapłaciliśmy 500 NRP za dwie osoby. Telefon można było naładować za 500 NRP, a powerbank za 1000 NRP. Ciepły prysznic wyceniony był na 500 NRP.

Za obiad zapłaciliśmy 1400 NRP za dwie osoby.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Dzień 9 (Dingboche-dzień aklimatyzacyjny) – 5 h / 14.5 km

Pierwotnie planowaliśmy wejść na najwyższą na świecie przełęcz Chong La (5500 m.n.p.m.), dlatego już o 5.30 wyszliśmy na szlak. Zamiast pięknych widoków, wokół nas ponownie rozpościerały się chmury i mgła. Szybko zaczął padać deszcz i wiać silny wiatr. Po godzinie 7 dotarliśmy do miejscowości Chhukung (4700 m.n.pm.), gdzie szlak rozchodził się w dwie strony. Jedna z dróg prowadziła na przełęcz Chong La, jednak ze względu na fatalną pogodę (kiedy zastanawialiśmy się nad wyborem drogi, zaczął zacinać deszcz ze śniegiem, a Agnieszce przemokły rękawiczki i spodnie) odpuściliśmy sobie ten kierunek marszu. Bardzo tego żałowaliśmy. Pierwotnie Chong La nie była naszym celem, jednak kiedy dowiedzieliśmy się, że jest w zasięgu, postawiliśmy ją zdobyć. Niestety, zdrowy rozsądek musiał tym razem zwyciężyć. Zamiast przełęczy wyruszyliśmy w kierunku Island Peak, a konkretnie punktu widokowego ulokowanego na wysokości 5000 metrów. Kiedy ruszyliśmy, śnieg zaczął padać jeszcze mocniej. Przemoczeni i zziębnięci zawróciliśmy na wysokości 4900 metrów.

Po 5 godzinach dotarliśmy do Dingboche. Wędrując we mgle, chmurach i deszczu ze śniegiem zaczęliśmy się powoli szykować do tego, że nie dane nam będzie zobaczyć Mount Everestu – najwyższego szczytu na świecie.

Na wysokości 3000 metrów okazało się, że butla gazowa i palnik były jednym z naszych najlepszych zakupów. Mogliśmy sobie robić herbatę, przywiezione z Polski zupki chińskie, a nawet znaleziony gdzieś na dnie plecaka kisiel.

Tego dnia żeby się rozgrzać skusiliśmy się na zupę czosnkową (390 NPR za sztukę), a na kolacje zjedliśmy ziemniaki z warzywami i ryż z warzywami za 1500 NPR.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Dzień 10 (Dingboche-Lobuche) – 4 h / 7.8 km

Podejście tego dni nie było zbyt strome, ale dawało w kość. Na początku mieliśmy mały problem z nawigacją. GPS szalał i w miejscu, gdzie przecina się kilkanaście ścieżek między Pherice, Dingboche a Lobuche, można się na chwilę zagubić. Od wyjścia z lodgy towarzyszył nam pies. Szedł z nami dobre pół godziny. Od początku, tak jak się już przyzwyczailiśmy towarzyszyły nam chmura i mgła. Po 2 godzinach marszu dotarliśmy do miejscowości Dukla (4600 m.n.p.m.). Tam zrobiliśmy krótką przerwę, spotkaliśmy także psa, naszego wcześniejszego towarzysza trekkingu.

Z Dukli do Lobuche wspinaliśmy się dwie godziny. Niby było to tylko 350 metrów przewyższenia, ale na wysokości ponad 4500 metrów bardzo dało się we znaki. Robiliśmy paredziesiąt kroków, po czym przez 2 minuty musieliśmy łapać powietrze. Po drodze mijaliśmy turystów schodzących w dół, a także kamienie i stupy poświęcone tym, którzy zginęli na Mount Everest.

Do Lobuche (4950 m.n.p.m.) doczłapaliśmy po godzinie 12. Zatrzymaliśmy się w New EBC Guest House, gdzie Dal Bhat kosztował już astronomiczną kwotę 850 NRP. Gorący prysznic był za 700 NRP! Za nocleg zapłaciliśmy 700 NRP za pokój. O koszt naładowania telefonu nawet nie pytaliśmy, ale zapewne był astronomiczny.

Po południu weszliśmy na małą górkę z której rozpościerał się widok na okolicę. Szczególne wrażenie zrobił na nas teren polodowcowy między Lobuche a przełęczą Chong La.

W herbaciarni po raz kolejny spotkaliśmy znajomych Czechów. Opowiadali, że próbowali podejść dzisiaj pod Everest Base Camp, jednak choroba wysokościowa dawała się im we znaki. Następnego dnia rano mieli schodzić na dół. My czuliśmy się w miarę dobrze. Oczywiście oddychało się o wiele ciężej niż na równinie, ale i tak nie było najgorzej. Krzysiek miał problem z oddychaniem przez nos, musiał momentami łapczywie łapać powietrze przez usta.

Mieliśmy ze sobą małą torbę z lekami na wszelki wypadek. W Lobuche spotkaliśmy parę Niemców, jeden z nich był bardzo przeziębiony. Okazało się, że nie mieli ze sobą kompletnie nic, nawet aspiryny. Pamiętajcie o tym, żeby przygotować się na każdą ewentualność.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Dzień 11 (Lobuche-Kala Pattar-Pheriche) – 11 h / 19.2 km

Na szlak wyszliśmy o 5. Mimo, że byliśmy „na lekko”, to i tak plecak ważył jakieś 7 kg i dawał się we znaki. Podejście do Gorak Shep (5100 m.n.p.m.) było zaskakująco męczące, dlatego dotarliśmy tam dopiero po 2,5 h. Po drodze przeżyliśmy mały szok, po raz pierwszy od 10 dni widzieliśmy piękne ośnieżone 7-tysięczniki. Zastanawialiśmy się wcześniej, czy wchodzić na łatwiejszy Everest Base Camp, gdzie droga jest bardziej płaska, czy porwać się na Kala Pattar, gdzie prowadzi do góry 2-godzinny szlak. Jest on cięższy, ale najwytrwalsi otrzymują na górze nagrodę w postaci wspaniałego widoku 360 stopni na najpiękniejsze góry. Ze względu na ładną pogodę tego dnia, wybraliśmy drugą opcję.

Wspinaczka mimo, że szlak jest trudności Kościelca w Tatrach, dała nam się mocno w kość. Tak jak w poprzednich dniach, przez małą zawartość tlenu w powietrzu. Po 2 godzinach dotarliśmy na szczyt (w zależności od źródeł 5500 lub 5600 m.n.p.m.). Widok na najwyższe góry świata wynagrodził nam ten trud. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i zaczęliśmy schodzić w dół. Poszło nam dość sprawnie. Po 45 minutach byliśmy w Gorak Shep, skąd wyruszyliśmy do Lobuche. Byliśmy już naprawdę bardzo zmęczeni, a tu wciąż nasz szlak wiódł góra-dół po sypkich, niewygodnych kamieniach. Agnieszce było niedobrze i bolała ją głowa. Piękną pogodę zostawiliśmy za sobą, kiedy dotarliśmy do Lobuche, bił w nas drobny grad.

W lodgy, w której spaliśmy, zjedliśmy zupę (430 NPR), wzięliśmy plecak Krzyśka i ruszyliśmy dalej w dół. Wyruszyliśmy do Pherice (4200 m.n.p.m.), by już na niższej wysokości zorganizować sobie nocleg.

Schodzi się tą samą trasą, która prowadzi do EBC, zejście było strome i także bardzo mocno dające w kość. Postanowiliśmy sobie nieco urozmaicić powrót i zeszliśmy do Pherice, a nie do Dingboche.

Za pokój 2-osobowy zapłaciliśmy 500 NRP, ładowanie sprzętu kosztowało 250 NRP. Obiad kosztował 1140 NRP za dwie osoby, a 2x hot lemon 130 NRP.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Dzień 12 (Pherice-Monjo) – 10 h / 24 km

Na szlak ruszyliśmy przed 6, bo mieliśmy tego dnia do zrobienia dużo kilometrów. Chcieliśmy zejść to, co w pierwszą stronę zajęło nam 2,5 dnia. Początek trasy był bardzo malowniczy. Szliśmy po płaskim, więc przez pierwsze pół godziny znajdowaliśmy się ponad chmurami i dlatego mieliśmy cudowny widok na otaczające ośnieżone szczyty. Po dłuższej chwili weszliśmy we mgłę.

Trasa prowadzi w ten sposób, że najpierw schodzi się stromo w dół, gdzie traci się 500 metrów przewyższenia. Dochodzimy do rzeki, za którą ścieżka wystrzeliwuje stromo do góry. Musimy podejść 100 metrów przez „magiczny las” (gdzie według miejscowych żyją duchy) do Tengboche, w którym spaliśmy kilka dni wcześniej. Dzisiaj pogoda była o wiele lepsza. Kiedy już wyszliśmy z chmury, towarzyszyło nam słońce.

Po krótkiej przerwie w Tengboche droga po raz kolejny szła w dół, aż do rzeki. Potem zrobiła się płaska, z niewielkimi podejściami i zejściami. Godzinę drogi przed Namche Bazar znów spotkaliśmy znajomych Czechów, którzy w jednej z herbaciarni jedli obiad. Umówiliśmy się na nocleg w Monjo, podaliśmy im nazwę lodgy (Mt. Kailash), do której chcemy dojść.

W Namche kupiliśmy ser z jaka, który kosztował nas 200 NRP za 100 g. Po wyjściu z miejscowości droga kolejny raz tego dnia wiodła stromo w dół. Na szlaku spotkaliśmy wielu turystów idących do góry. Przez kilka dni nie latały samoloty na linii Katmandu-Lukla, a kiedy już zaczęły, masa turystów wyległa na szlak. Znaczna większość z nich szła z przewodnikami i tragarzami. Od mostu Hillarego aż do Monjo (2830 m.n.p.m) droga idzie lekko w dół. W tym miejscu jest tylko jedno strome podejście, od kolejnego mostu do bramy parku narodowego, gdzie okazaliśmy nasze dokumenty.

Około 15.50 dotarliśmy do Mt. Kailash Lodge, gdzie zaskoczył nas luksus, z jakim nie mieliśmy do czynienia przez kilka ostatnich dni. Mieliśmy łazienkę z ciepłym prysznicem. Koszt ładowania baterii to 250 NRP, wifi 500 NRP. Dal Bhat kosztował 500 NRP.

Za nocleg zapłaciliśmy 500 NRP, za dwie kolacje 900 NRP, 2 x lemon tea za 100 NRP, 2 x masala tea za 150 NRP.

Krzysiek spróbował także ichniejszej wina/wódki za 250 NRP.

Ostatecznie znajomi Czesi też dotarli do tej lodgy. Wieczorem zagraliśmy z nimi w uno. Ta gra WY-MIA-TA!

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Dzień 13 (Monjo-Lukla) – 5,5 h / 13 km

Przez cały dzień szliśmy prawie po równym, oczywiście było kilka podejść i zejść, ale były one nieznaczne. Po drodze przechodziliśmy przez kilka wiszących mostów. Przed jednym z nich musieliśmy poczekać, aż przelezie przez nie stado jaków. Na obiad (700 NPR) zatrzymaliśmy się w Chaplung w Amadablam Guest House, gdzie spaliśmy w pierwszą stronę.

Do Lukli doszliśmy o 13. Od razu skierowaliśmy się w kierunku Lodge The Nest, ulokowanej tuż obok lotniska. Poszliśmy tam z polecenia, jednak mieliśmy wrażenie, że nie należy ona do najtańszych. Po zostawieniu plecaków wyruszyliśmy do miasta, by zarezerwować bilety na lot następnego dnia. Jedynym otwartym biurem była Tara Air, gdzie zamówiliśmy lot. Kiedy już mieliśmy płacić, padł system informatyczny i nie można było tego zrobić. Pani w kasie poprosiła nas, żebyśmy przyszli później.

W międzyczasie poszliśmy więc na lotnisko i zobaczyliśmy dwa startujące i lądujące samoloty. Wszystko idzie taśmowo. Maszyna ląduje, wysadza pasażerów, zgarnia następnych i już startuje. Całość nie zajmuje więcej niż 10 minut. Według naszej opinii pas startowy był zdecydowanie zbyt krótki, ale tym mieliśmy martwić się dopiero następnego dnia.

Po godzinie 15 wróciliśmy do biura Tara Air i tym razem bilety udało się kupić bez problemu. Wyniosły nas one 179$ za osobę.

Za dwuosobowy nocleg zapłaciliśmy 500 NPR. Wifi kosztowało 200 NRP, a ładowanie telefonu 100 NRP. Obiad w tej herbaciarni kosztował 700 NPR za dwie porcje, a hot lemon 120 NPR za dwie.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Dzień 14 (Lukla-Katmandu)

Już o 6 rano byliśmy na lotnisku, które niczym nie przypominało tego typu obiektów, jakie znaliśmy z innych wypraw. Najpierw pani w okienku sprawdza kupiony dzień wcześniej bilet. Potem plecaki są ważone. Nasze wyniosły po 13 kilogramów i nikt nie robił z tego powodu problemu. Potem jednak zaczęły się schody. Każdy z plecaków był indywidualnie przeszukiwany Spodziewaliśmy się raczej, że to będzie jedynie formalność, tak jak wyczytaliśmy na innych blogach, w rzeczywistości jednak musieliśmy zostawić butlę gazową, a chłopak obok kamienie znalezione podczas trekkingu. Kiedy wszystko okazuje się w porządku, plecaki są zabierane, a my możemy przejść do kontroli osobistej. Są dwie kolejki, dla kobiet i mężczyzn. Już po chwili możemy w spokoju oczekiwać na nasz lot.

Czytaliśmy, że ludzie potrafią czekać na lot 3-4 dni. Przy tym nasze kilka godzin oczekiwania nie było żadnym problemem. Warto mieć ze sobą wodę, jedzenie, coś do czytania, bo oczekiwanie potrafi się ogromnie dłużyć. Przed godziną 10 wylądowały 3 samoloty naszej linii lotniczej. Wysiedli z nich turyści dopiero rozpoczynający swoją tegoroczną przygodę z EBC, następnie na pokład załadowaliśmy się my i już po chwili byliśmy gotowi do lotu.

Samoloty są dość małe, mieszczą nie więcej niż 30 osób. Pas startowy jest niezwykle krótki, dlatego już od początku słychać, jak maszyna jest dociskana, żeby nabrać prędkości. W międzyczasie stewardessa rozdaje watę do uszu i cukierki. Lot trwa około pół godziny, po drodze widzimy mijane góry, lasy i wioski rozciągające się poniżej. Niestety, przez zachmurzenie nie dane nam było widzieć gór.

W Katmandu byliśmy przed godziną 11.

Koszty

Noclegi wyniosły nas 3275 NRP za osobę.

Na jedzenie wydaliśmy 11 407,5 NRP na osobę. W tą kwotę wliczamy śniadania, obiady i kolacje podczas trekkingu oraz żywność kupioną wcześniej na Thamelu (herbata, orzechy, płatki musli).

Permit oraz TIMS wyniosły nas 5000 NRP na osobę.

Przejazd w pierwszą stronę (jeep Katmandu-Salleri) kosztował nas 2000 NRP od osoby, powrót zrobiliśmy za 20 750 NRP (lot Lukla-Katmandu). Łącznie 22 750 NRP od osoby.

Po 300 NRP zapłaciliśmy za inne rzeczy (napiwki, papier toaletowy i wszystko, czego nie da się zjeść).

Na osobę trekking na Kala Pattar wyniósł nas łącznie 42 732 NRP, czyli 1527 złotych.

2 thoughts on “Everest Base Camp

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *