Annapurna circuit

Dzień 0 (Katmandu)

Kiedy wróciliśmy z EBC (o którym możecie przeczytać tutaj) do Katmandu i spojrzeliśmy w kalendarz, okazało się, że pierwszy trekking poszedł nam bardzo sprawnie. Zrealizowaliśmy wszystko, co planowaliśmy, a samolot z Lukli do stolicy kraju odleciał już pierwszego dnia, co w rejonie Himalajów nie zawsze się zdarza. Pierwotnie wyprawę pod Annapurnę uzależniliśmy od naszego powrotu spod EBC. 35 dni to wcale nie tak dużo, a nie chcieliśmy później na siłę jeździć po całym kraju na wariackich papierach.

Na szczęście mieliśmy dość czasu, żeby dokupić sprzęt i jedzenie na drugi trekking.

Szacunkowe czasy przejścia trasy na Annapurna Circuit

W Nepal Tourism Board, umieszczonego przy Pradarshani Marg, kupiliśmy permit (3000 NRP za osobę) i TIMS (2000 NRP za osobę). Do obu tych dokumentów potrzebowaliśmy po dwa zdjęcia. Później na szlaku permit sprawdzany był wielokrotnie, TIMS chyba raz czy dwa. Lepiej więc mieć je ze sobą.

Ceny na Thamelu były następujące:
Kokos w opakowaniach – 100 NRP
Migdały – 150 NRP
Nerkowce – 170 NRP
Orzechy włoskie – 170 NRP
Kulki sezamowe na słodkow – 350 NRP
4 x zupki chińskie – 60 NRP
Pasta do zębów – 65 NRP
8 batonów – 440 NRP
Twarde słodkie cukierki – 70 NRP

W ramach ciekawostki, żebyście mogli się łatwiej przygotować, wklejamy koszty rzeczy dokupowanych dwa tygodnie wcześniej pod Everest Base Camp:

Tabletki uzdatniające wodę 100 szt. – 360 NRP
Chleb tostowy – 80 NRP
Płatki owsiane 500 g. – 120 NRP
Zupka chińska (koreańska 🙂 ) – 140 NRP
Rolka papieru toaletowego – 70 NRP
Daktyle 700 g. – 120 NRP
Mieszanka studencka – 50 NPR (100 g) / 100 NPR (200 g)
7 główek czosnku – 200 NRP
Imbir kilka sztuk – 100 NRP
Herbata – 150 NRP
Kijki trekkingowe – 900 NRP
Butla gazowa – 670 NRP
Palnik – 1800 NRP
Spork (widelco-łyżko-nóż) – 330 NRP
Masło orzechowe – 360 NRP

Dzień 1 (Katmandu-Bhulbhule)3,5 h / 8,5 km

Dworzec autobusowy, z którego odjeżdżają pojazdy do Pokhary i Besisahar, znajduje się pół godziny drogi od hostelu, w którym spaliśmy, naprzeciwko BG Mall przy Ring Road. Musieliśmy wyjść już o 5 , żeby zdążyć na jakieś sensowne połączenie do Besisahar, gdzie planowaliśmy dojechać tego dnia. Na dworcu poszło zaskakująco łatwo i już o 5.40 ruszyliśmy mikrobusem w upragnionym przez nas kierunku, za 600 NRP od osoby. Jak już przyzwyczailiśmy się w Nepalu, po drodze zjeździliśmy pół stolicy i zgarnialiśmy osoby chętne jechać w tym samym kierunku. Na trzech miejscach siedziało nas w pewnym momencie nawet 6 osób.

Mimo niewielkiej odległości Besisahar od stolicy, droga wlokła się w nieskończoność. Przez duże natężenie ruchu, musieliśmy jechać z niewielka prędkością w sznurze samochodów, co jednak nie przeszkadzało naszemu kierowcy od czasu do czasu wyprzedzać na zakrętach. Po drodze zatrzymywaliśmy się na jedzenie i załatwienie potrzeb fizjologicznych.

Do celu dojechaliśmy o 14.30 i od razu ruszyliśmy na szlak. Półtorej dnia przerwy między trekami na Everest Base Camp a Annapurna Circuit spędziliśmy na kompletowaniu zapasów na tę drugą wyprawę. Dlatego po przyjeździe mikrobusem do Besisahar (760 m.n.p.mp.), nie musieliśmy już robić zakupów. Jeszcze w busie rozmawialiśmy z grupą Nepalczyków chcących wynająć jeepa i jeszcze tego samego dnia dojechać do Chame. Nas nie interesowało takie rozwiązanie, dość sprawnie zrobiliśmy EBC i tutejszy trek chcieliśmy przejść od początku do Mukinath, znajdujące się za przełęczą Thorung La.

Droga stromymi kamiennymi schodami prowadziła w dół, aż do rzeki. Po jej przekroczeniu ruszyliśmy dalej drogą dla jeepów. Po około pół godzinie od naszego startu rozpadało się. Mogliśmy się tego spodziewać po EBC, gdzie przez pierwsze 10 dni mieliśmy brzydką pogodę. Stojąc pod drzewami czekaliśmy na przejaśnienie. Kiedy opad trochę zelżał, ruszyliśmy w nieznane. Jednocześnie padał deszcz i świeciło słońce, więc udało nam się zobaczyć bardzo wyraźną tęczę.

Szlak w pewnym momencie skręcał w prawo, by odbić od głównej drogi i przejść przez pierwszy na tym treku wiszący most. O 17.30 zmęczeni i głodni dotarliśmy do Bhulbhule (840 m.n.p.mp.). Już na początku miejscowości spotkaliśmy kobietę, która zaproponowała nam nocleg w swojej lodgy 20 minut drogi stąd. Cena, jaką podała zza pokój, to 200 NRP. Ochoczo zgodziliśmy się. Jak się szybko okazało, to było nepalskie 20 minut, bo w rzeczywistości szliśmy ponad 40 minut, na szczęście w kierunku, w którym i tak mieliśmy iść następnego dnia.

Jedzenie było dość smaczne, masala tea ciekawa w smaku. Ładowanie telefonów za darmo w pokoju, darmowe wifi. Przez burze były jednak braki w dostawie prądu, a internet działał słabo. To jest jednak Nepal, dlatego też nie ma co spodziewać się rewelacji.

Za kolację u tej pani daliśmy 700 NRP za dwie osoby, masala tea wyniosła nas 100 NRP od sztuki, a hot lemon 70 NRP. Wyszło więc drożej, niż spodziewaliśmy się na tym trekkingu.

Po drodze na jednym z postojów jedliśmy obiad za 300 NRP za dwie osoby.

Dzień 2 (Bhulbhule-Jagt)7 h / 18 km

Na szlak wyruszyliśmy o godzinie 8. Początkowo szliśmy trasą dla autobusów i jeepów. Oznakowanie szlaku momentami woła o pomstę do nieba. Często pokazuje ono inną trasę niż mapa i potrafi nieźle wymęczyć. My woleliśmy trzymać się głównej drogi, jednak widzieliśmy innych turystów, którzy nie mieli ze sobą mapy i kierowali się szlakami wymalowanymi na skałach. Raz za razem wspinali się ostro do góry, by za chwilę schodzić stromo w dół, bo ich szlak łączył się z główną drogą. My widząc to postanowiliśmy trzymać się głównej drogi, przynajmniej na razie.

Dość szybko doszliśmy do Nadi Bazar, skąd przez chwilę było płasko. Dopiero w miejscowości Bahundanda jest strome podejście. Nie jest jednak najgorzej. Po drodze napotkaliśmy osuwisko błota, przez które bardzo ciężko było przejść. Zapadaliśmy się w nim tak, że nie sposób było przedostać się na drugą stronę. Nepalczycy zdejmowali buty i przechodzili bosą stopą. Agnieszka, dzięki swojej niewielkiej wadze, z gracją baletnicy obeszła osuwisko górą. Para Niemców chwyciła się przejeżdżającego jeepa i tym sposobem przedostała się na drugą stronę.

Najgorsze podejście tego dnia zaczyna się w miejscowości Sjangya. Droga po monsunie jest mocno rozjeżdżona i błotnista i dodatkowo wije się mocno serpentynami do góry. Po drodze wymijają nas ciężarówki, jeepy i motocykle, przez co idzie się jeszcze gorzej.

Tym sposobem docieramy do Jagt (1340 m.n.p.mp.), gdzie polecamy nocleg w „Hotelu New Mountan”. Duża liczba osób zostających tam na noc pokazuje, że jest to miejsce popularne wśród turystów. W lodgy był ciepły prysznic, a na podwórku kranik, pod którym można było umyć zęby i zrobić pranie.

Wieczorem przeżyliśmy pierwsze w życiu trzęsienie ziemi. Nie było ono zbyt duże, ale jednak. Będąc na pierwszym piętrze, poczuliśmy się, jakby ktoś pod nami zaczął przesuwać ciężkie meble. Z tym, że w pomieszczeniu pod nami nie było żadnych mebli. Po chwili ludzie zaczęli krzyczeć i wybiegać z pokojów. Kiedy przez kilka kolejnych minut wstrząs nie powtórzył się, atmosfera się rozluźniła i wróciliśmy do swoich zajęć.

Za dwuosobowy nocleg zapłaciliśmy 100 NRP, obiad za 350 i 450 NRP od osoby. Piwo kosztowało 500 NRP, a czarna herbata 60 NRP.

Dzień 3 (Jagt-Kare)7 h / 14 km

Przez całą noc Agnieszka czuła się bardzo źle, nie pomógł nawet loperamid. Do tej pory nie wiemy co jej zaszkodziło. Podejrzewamy Masalę Tea, którą piliśmy pierwszego wieczora w Bhulbhule. Oprócz niej, jedliśmy i piliśmy to samo. Rano Agnieszka wzięła antybiotyk i o 8 ruszyliśmy na szlak.

Szlak prowadził, jak często przez poprzednie dwa dni, drogą dla samochodów. Później odbijał w lewo do lasu, jednak umieszczony był znak, że ścieżka jest nieczynna. Dobrze,ze nią nie poszliśmy, bo za kilkaset metrów zobaczyliśmy, jak mocno pięła się ona do gór, by po chwili zejść stromo w dół. Skąd my to znamy… Nauczeni tymi doświadczeniami sprawdzaliśmy potem jeszcze szlak na maps.me. Dzięki temu, a także dzięki rozmowie z dwoma Nepalczykami, wiedzieliśmy, że po kolejnym odbiciu szlaku w las, warto iść za nim. Po chwili zaczęliśmy wspinać się schodami ostro pod górę.

Droga prowadzi równolegle do rzeki oraz drogi dla samochodów. Po drodze mijaliśmy boisko do piłki nożnej oraz kilka osuwisk ziemi. To ciekawe, jak szybko Nepalczycy potrafią przystosować się do zmian, jakie przynosi im przyroda. Była ścieżka, ale zeszła na nią lawina błotna i całkowicie przykryła? Trudno, trzeba puścić drogę górą przez gruz. Efektów takiego dostosowywania się widzieliśmy bardzo dużo.

Po drodze mijamy kilka miejscowości, gdzie wielu turystów zatrzymuje się na kawę lub herbatę. W jednej z nich szlak prowadzi w prawo przez rzekę, na której przekracza się most. W tym miejscu mieliśmy też przygodę ze stworzeniem, za którym niespecjalnie się stęskniliśmy – pijawką.

Od tego momentu zaczyna podchodzić do góry. Nie jest to najłatwiejszy szlak. Padający deszcz nie ułatwia trekkingu po śliskich kamieniach i w potoku błota. Bardzo stromo zaczyna się robić przy podejściu do Tal (1680 m.n.p.mp.). Przed wejściem do miejscowości stoi tablica z orientacyjnymi czasami przejścia pomiędzy poszczególnymi miejscowościami. Po minięciu jej schodzi się odrobinę w dół, by wreszcie przejść przez bramę i dojść do rozległej doliny. Jest w niej coś mistycznego. Rzeka płynie o wiele wolniej, a przez obecny piasek, nabiera dziwnego koloru. Po przejściu przez piasek docieramy do Tal, bardzo ładnej miejscowości, gdzie właściciele lodgy stoją przed nimi i namawiają do noclegu lub chociaż lunchu. Pod koniec miejscowości zaczął padać mocniej deszcz, dlatego wróciliśmy do ostatniej herbaciarni, by napić się herbaty i przeczekać załamanie pogody. W tym miejscu wyjątkowo zjedliśmy drugie śniadanie. Mimo braku przejaśnienia, wróciliśmy na szlak po godzinie odpoczynku.

Ścieżka do Kare prowadzi cały czas wzdłuż rzeki, wspinając się raz bardziej stromo, raz odrobinę łagodniej. Szliśmy głównie przez las, a podejścia mocno dawały nam się we znaki. Z tego co widzieliśmy, część osób wybrało inną drogę. Na rozwidleniu poszli w kierunku Dharapani, przez co potem wędrowali drogą dla samochodów. Wydawała nam się ona łatwiejsza.

W Kare (1840 m.n.p.mp.) zatrzymaliśmy się w pierwszej napotkanej lodgy „New world”. Cena za pokój 200 NRP, darmowe gniazdko w pokoju. Cena za Dal Bhat 550 NRP. Ceny za pokój podane w restauracyjnym menu są inne (wyższe – 500 NRP) od tych podanych nam przez właścicielkę herbaciarni.

2 x obiad wyniósł 720 NRP, kawa 75 NRP, cola 220 NRP. 2 x chapati, czyli chlebek 600 NRP, Dzbanek hot lemon (starczy na 4-5 kubków) 400 NRP, mint tea za 80 NRP.

Dla lepszej regeneracji w Kare spędziliśmy też dzień 4.

Dzień 5 (Kare-Dhukure Pokhari) – 9,5 h / 27 km

Żeby nadrobić poprzedni dzień, na szlak wyszliśmy już o 5.30. Do zrobienia mieliśmy 1400 metrów przewyższenia. Większość tego dnia szliśmy drogą dla samochodów. Momentami, przy serpentynach, skracaliśmy sobie drogę znakowanym podejściem przez las. W ten sposób po 3 godzinach dotarliśmy do Chame (2750 m.n.p.mp.). Wiedzieliśmy jednak, że jeszcze spory kawał drogi przed nami. Koło 13.15 dotarliśmy do Bratang, celu naszej wędrówki. Na miejscu okazało się jednak, że jest tylko jeden hotel (nawet nie schronisko, normalny hotel), gdzie cena jest bardzo wysoka. Poszliśmy więc dalej. Byliśmy bardzo zmęczeni i głodni. Podejście pod Bratang (2850 m.n.p.mp.) robiliśmy już na oparach, ale jednak okazało się, że musimy iść dalej. Czekało nas więc jeszcze prawie półtorej godziny marszu. Zrobiliśmy w tym czasie 400 metrów przewyższenia. To było dla nas jedno z dwóch najgorszych podejść podczas całego treku. Początkowo szliśmy drogą, jednak po chwili szlak odbił przez most w kierunku lasu. Tutaj zaczęła się prawdziwa wspinaczka. Nie trwa jednak aż tak długo. Najgorszy odcinek to jakieś 40 minut. Potem jest bardziej płasko. Wciąż pod górę, ale jednak bardziej płasko. Tylko osoby chodzące po górach są to w stanie zrozumieć.

W Dhukure Pokhari (3240 m.n.p.mp.) mieliśmy upatrzony nocleg, jednak był nieczynny. Następny czyli „Gangapurna”, był jednak otwarty. Tam wynegocjowaliśmy nocleg za darmo, jeśli zjemy u nich obiad. W tej miejscowości jest dużo lodgy, jedna obok drugiej i muszą walczyć o klienta. Kiedy zaczęliśmy się rozpakowywać, bardzo się rozpadało. Zaczęliśmy się obawiać, że podobnie jak podczas treku na Everest Base Camp, nie będziemy w stanie zobaczyć szczytów. Jak się miało jednak okazać następnego dnia, były to czcze obawy.

Gniazdko z prądem jest za darmo w pokoju. Dal Bhat kosztuje 550 NRP.

Za 2 x obiad zapłaciliśmy 950 NRP, black tea wyniosła 50 NRP, a cola 250 NRP.


Słynna droga wykuta w skałach
Lodga Gangapurna

Dzień 6 (Dhukure Pokhari-Braga) – 8 h / 20 km

Na szlak wyszliśmy jeszcze przed godziną 7. Nie ufaliśmy wodzie stojącej w beczkach, dlatego nie napełniliśmy butelek. Potem żałowaliśmy swojej głupoty. Po dotarciu do końca Dhukure Pokhari, trasa rozdzielała się na szlaki do Lower i Upper Pisang. Wybraliśmy tę drugą drogę. Podejście jest pod górę, ale nie aż tak stromo, jak poprzedniego dnia. Upper Pisang to bardzo ładna, schludna i klimatyczna miejscowość. Nabraliśmy tam wody, w międzyczasie spotykając ludzi dopiero kończących swoje śniadania i szykujących się do wyjścia na szlak. Wielu ludzi podchodzi do tej miejscowości, żeby zrobić dzień aklimatyzacyjny. My, będąc świeżo po podejściu na 5500 metrów podczas treku na Kala Pattar, nie potrzebowaliśmy takiego wsparcia swojego organizmu.

Droga za Pisang prowadzi jeszcze chwilę łagodnie pod górę, by po przejściu rzeki gwałtowni wystrzelić do góry. Kiedy w połowie drogi, nasze płuca nie dawały już rady, jakby na zachętę wyłoniła się Annapurna II. To najwyższy szczyt widziany podczas tego treku. Do tej pory cały dzień było pochmurno, dlatego okazało się to prawdziwą motywacją do wyruszenia dalej. Pod koniec tej nierównej walki z własnym organizmem czekał na nas tea shop, o którym czytaliśmy bardzo dobre opinie. Zatrzymaliśmy się tam więc na przerwę. Zamówiliśmy masala tea, która rzeczywiście było bardzo dobra, ale o miano najlepszej w Nepal musi powalczyć z Tandori w Katmandu :). Rozsiedliśmy się na tarasie, by w spokoju poobserwować ośnieżoną Annapurnę II, otoczoną 7-tysięcznikami.

Po krótkim podejściu doszliśmy do Ghyru (3730 m.n.p.m.), gdzie przy wejściu proponowano nam ciastka jabłkowe za 100 NRP. Niestety, nie wzięliśmy ich. A w porównaniu z innymi miejscami, cena była bardzo dobra. Z Ghyru, gdzie znajduje się stupa, a także wiele zabudowań wyglądających na opuszczone, wyruszyliśmy do Ngwal (3660 m.n.p.m.). Droga prowadziła odrobinę w dół z niewielkimi podejściami. Zajęła nam półtorej godziny. U celu byliśmy w południe, więc poszliśmy zjeść do Hotelu Shanti. Z reguły nie jadaliśmy na szlaku, ale po pierwsze pod Annapurnę nie kupowaliśmy już butli gazowej, której szkoda byłoby wyrzucać. Po drugie, byliśmy dość oszczędni w poprzednich dniach, dlatego teraz postanowiliśmy trochę popuścić pasa i pozwolić sobie na kilka przyjemności. Pierwszą z nich miał być lunch w Ngwal. Pewnie gdybyśmy wiedzieli, że będziemy na niego czekać godzinę, odpuścilibyśmy sobie. Amerykanie i Hiszpanie siedzący przy sąsiednich stolikach zdążyli zjeść i wyjść na szlak, a my wciąż czekaliśmy. Do tego zamiast Curry Veg Agnieszka dostałą Veg Soup. Krzysiek pierwszy raz w życiu jadł tibetan bread. Spróbowaliśmy też herbatę tybetańską, która jednak była odrobinę zbyt słona.

W dalszą drogę ruszyliśmy o 13.15. Kolejną godziny schodziliśmy w dół. Dopiero pół godziny przed Bragą (3450 m.n.p.m.) szlak wyrównał się. Również krajobraz się zmienił. Zaczęło się robić bardzo sucho, pojawił się niski las iglasty. Jest dużo pyłu, który osiada wszędzie: na butach, spodniach, twarzy.

To był dla nas dobry dzień. Pierwszy raz „poczuliśmy” ten trek. Zaczęło świecić słońce, uciekły chmury.

Śpimy w Hotelu New Yak, gdzie planujemy spędzić dwie noce. Jutro robimy aklimatyzację. Zgodnie z zasadami chodzenia po takich wysokościach, nocleg kolejnego dnia nie powinien być 400-500 metrów wyżej, niż dnia poprzedniego. Oprócz tego, raz na kilka dni należy robić dzień aklimatyzację. Spać dwie noce na tej samej wysokości, dodatkowy dzień wykorzystać do wyjścia wyżej, zaliczenia wysokości i powrotu do miejsca noclegowego. Należy też pić między 2-5 l wody, w zależności od wagi. Jedliśmy także czosnek i imbir, a Agnieszka brała pół aspiryny.

Za nocleg zapłąciliśmy 200 NRP za dwuosobowy pokój. Dal Bhat kosztował 500 NRP, prysznic, wifi i ładowanie telefonu były za darmo. Wieczorem pozwoliliśmy sobie na burgery w oszałamiającej cenie 625 NRP za sztukę.

Dzień 7 (Braga – Ice Lake – Braga) 6,5 h / 12 km

Nie spodziewaliśmy się, że ten dzień aż tak da nam w kość, w końcu mieliśmy iść „na lekko”, czyli tylko z jednym plecakiem. A jednak.

Ale od początku.

Wyszliśmy o 6.20, żeby po drodze zobaczyć jak najwięcej ze wschodu słońca. Na przeciwko naszego hotelu była tabliczka w kierunku na Ice Lake. W tam tym kierunku wiodły jednak 3 dróżki. Wybraliśmy tę największą i najbardziej konkretną. Ruszyliśmy nią delikatnie do góry i minęliśmy starszą część Bragi, gdzie nie było lodgy, a więcej starszych, rozpadających się budynków. Chwilę potem rozpoczęła się wspinaczka, która wiodła nas 1200 metrów do góry. Szlak w większości idzie trawersem, więc mamy świetny widok na dolinę, z której wyszliśmy. Wschód słońca zrobił na nas oszałamiające wrażenie. Gra świateł, jaka rozgrywała się na przeciwległej ścianie, warta był wspinaczki.

Pogodę mieliśmy wyśmienitą, jednak kiedy dotarliśmy do punktu widokowego, dolinę zakryły chmury. Podejście dawało nieźle w kość. Półtorej godziny przed jeziorem znajduje się tea shop, gdzie jednak się nie zatrzymaliśmy. Podziwiamy jednak wytrwałość kogoś, kto na wysokości ponad 4000, na kompletnym odludziu, prowadzi tea shop.
Podejście jeszcze przez chwilę było strome, wciąż trawersem. Koło 10 dotarliśmy jednak do pierwszego jeziorka. Drugie, czyli słynne Ice Lake, było odrobinę dalej. Tam rozmawialiśmy z dwoma Francuzami, którzy byli kiedyś w Polsce i znali kilka najpopularniejszych powiedzeń w naszym języku. Zjedliśmy sobie po “cynamonowym ślimaku”, kupionym w naszym hotelu, który jednak nas nie zachwycił swoim smakiem.

Powrót tą samą drogą. Tutaj widoki mieliśmy różne, raz przeważały chmury, by za chwilę się przejaśnić i uraczyć nas widokami na ośnieżone szczyty. Po drodze spotkaliśmy jakieś 20 osób wspinających się do góry, najprawdopodobniej również robiących dzień aklimatyzacyjny. Ice Lake jest do tego idealnym miejscem. Można zostawić plecaki w Bradze lub Manang i już po niecałych 4 godzinach zameldować się na wysokości 1200 metrów wyższej.

Przy zejściu trasa jest dość dobrze oznakowana. Do Hotelu Yak dotarliśmy koło 12.45, 6,5 godzinach od wyjścia na szlak. Po takim ciężkim przeżyciu bez problemu znaleźliśmy dziesiątki wymówek, by i tego dnia popuścić trochę pasa i zjeść pyszne burgery serwowane przez ten hotel.

Dzień 8 (Braga-Yak Kharka) – 4 h / 11 km

W porównaniu z poprzednim dniem, podejście do Yak Kharki było naprawdę proste. Przed wyjściem porozmawialiśmy chwilę z niemiecką parą, którą poznaliśmy dzień wcześniej. Po spakowaniu plecaków i napełnieniu butelek z wodą, ruszyliśmy w nieznane. Nie zdążyliśmy przejść 200 metrów, kiedy czekała na nas kontrola permitów (pozwoleń na trekking).

Do Manang droga pięła się powoli do góry, tuż przed samą wioską zrobiło się nieco bardziej stromo. W Manang chcieliśmy spróbować słynnego tutejszego ciasta jabłkowego, jednak ceny 300 NRP za mały kawałeczek skutecznie nas odstraszyły.

Za Manang droga rozchodzi się na szlak do Thorung La i na Tilicho Lake. Wybraliśmy pierwszą drogę. Przez kilka najbliższych godzin trawersowaliśmy stokiem doliny. Przeszliśmy przez przewieszony nad rzeką most i praktycznie po płaskim ruszyliśmy do Yak Kharki (4050 m.n.p.m.). Dotarliśmy tam ok. 11.15. Kierując się opinią na maps.me, nie zatrzymywaliśmy się w samej wiosce, tylko kawałek za nią, w Hotel Dream House. Co ciekawe, poznani wczoraj Niemcy także skierowali się do tego miejsca.

Za nocleg płaciliśmy 300 NRP, ładowanie baterii za 100 NRP, wifi 200 NRP, Dal Bhat kosztował 650 NRP, black tea 100 NRP, a hot lemon 70 NRP. Za zupę noodle płaciliśmy po 320 NRP, a za obiad od 400 NRP za osobę.

Co ciekawe, Nepalczycy często nazywają te same rzeczy różnymi nazwami. Te same posiłki, w zależności od miejsca, potrafią nazywać się noodle, spaghetti, maccaroni, pasta. A tak naprawdę chodzi o to samo.

Dzień 9 (Yak Kharka-Thorung Phedi-High Camp-Thorung Phedi)3,5 h / 10 km

O 7 rano byliśmy już gotowi do wyjścia. Nie planowaliśmy się przemęczyć tego dnia, chcieliśmy dojść do Thorung Phedi i tam nabrać siły przed kolejnym etapem wędrówki. Początkowo było dość stromo, szybko zrobiliśmy 150 metrów przewyższenia i dotarliśmy do Lettar. Nie ma tam zbyt wiele, ledwie kilka lodgy. Byliśmy tam wcześnie rano, więc zmieszaliśmy się z tłumem wychodzącym z tej miejscowości na szlak.

Droga wiodła lekko do góry, by po 40 minutach gwałtownie zejść do rzeki. Po przejściu przez most czekała nas chwila mocniejszej wspinaczki na punkt widokowy, gdzie dotarliśmy o 8.45. Ostatnie 45 minut wędrówki to ścieżka wiodąca lekko pod górę, wydeptana wśród kamyczków, leżących nieruchomo na pionowej ścianie. Tylko czekały, by zejść na dół z najbliższą lawiną. Słyszeliśmy o nich ostrzeżenia jeszcze przed wyruszeniem na trekking, dlatego staraliśmy się zachować czujność.

Około 9.40 dotarliśmy do Thorung Phedi (4450 m.n.p.m.). Jest tutaj kilka lodgy, jednak niewiele namyślając się poszliśmy do tej położonej najwyżej . To był błąd. Obsługa była fatalna.

Dość szybko zaczęliśmy się nudzić, dlatego wyruszyliśmy „na lekko” w kierunku High Campu (4850 m.n.p.m.). Dotarliśmy tam bardzo sprawnie, bo już o 11 byliśmy na górze i zamawialiśmy hoy lemon. Do tego kupiliśmy też wrzątek, którym zalaliśmy zupki chińskie, przywiezione jeszcze z Katmandu. Po zjedzeniu poszliśmy na znajdujące się nieopodal wzgórze. Zajęło nam to jakieś 10 minut męczącego marszu. Podejście nie było trudniejsze niż w Tatrach, ale wysokość 5000 metrów daje się we znaki. Widok z góry był przepiękny, jednak ośnieżone szczyty schowane były we mgle (jak zwykle).

Czekało nas jeszcze zejście 500 metrów w dół do naszej nieszczęsnej lodgy, gdzie wcale nam się nie spieszyło. Dotarliśmy tam koło 13.

Wiedząc, że następnego dnia możemy mieć problem z wodą pitną, skorzystaliśmy z tzw. „safe water”, czyli ozonowanej wody, którą można kupić na szlaku. Cena to 60 NRP za litr.

Dal Bhat kosztował 800 NRP, wifi było, ale akurat nieczynne. Za nocleg daliśmy 200 NRP za pokój. Za obiad płaciliśmy po 500 NRP (Krzysiek nawet 1000 NRP, bo musiał domówić drugą porcję, by nie umrzeć z głodu).

Na High Campie Dal Bhat za 850 NRP. Wifi 200 NRP. Hot lemon 110 NRP, a wrzątek za 70 NRP (za osobę!).

Dzień 10 (Thorung Phedi – Thorung La – Jomsom)7 h / 14 km

Tego dnia na szlak musieliśmy wyjść wyjątkowo szybko. Już o 3.35 byliśmy zebrani do wyruszenia w nieznane. Tak jak poprzedniego dnia, droga w kierunku High Campu wiodła bardzo stromo do góry. Niebo było przepięknie rozgwieżdżone, co z pewnością ułatwiało nam wędrówkę. Kiedy zatrzymywaliśmy się na złapanie oddechu, mogliśmy podziwiać gwiazdy. Do High Campu dotarliśmy o 4.25. Zrobiliśmy sobie tam krótką przerwę na jedzenie i picie. Widzieliśmy tłumy turystów, którzy zatrzymali się na nocleg na High Campie, a teraz zbierali się na szlak. Tu i ówdzie krzątały się osoby z czołówkami, które szykowały sprzęt pod trekking na przełęcz Thorung La (5416 m.n.p.m.).

Po dość krótkiej przerwie ruszyliśmy na szlak. Od High Campu droga cały czas wznosi się, ale już nie tak stromo. Po boku mieliśmy przepaść, na którą nocą trzeba bardzo uważać. Wciąż w ciemnościach przeszliśmy przez metalowy most. Za nim droga wznosi się odrobinę do góry, mogliśmy więc policzyć osoby maszerujące za nami. Naliczyliśmy około 30 osób.

Po drodze znajduje się klimatycznie położony tea shop. Zatrzymaliśmy się tam, by złapać oddech i coś zjeść. Niestety, tuż przed nami wyruszyła tam grupa Azjatów z rowerami. Nie mamy nic do rowerzystów w górach, ale na takim szlaku, grupa kilku osób znacznie utrudniała marsz. Ciężko nam było ich wyprzedzić, co jednak ostatecznie udało się. W międzyczasie zaczęło się przejaśniać, więc mieliśmy cudowny widok na wschód słońca. Niebo wciąż było bezchmurne.

Na przełęcz dotarliśmy o 6.55. O tej godzinie wciąż było tam mało osób. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć. Ze względu na wiatr, a także doganiającą nas liczną grupę turystów, którzy robili sobie zdjęcia bez koszulek, ruszyliśmy w dalszą drogę. Pogoda wciąż była piękna. Czekało nas zejście 1400 metrów w dół do miejscowości Mukinath (3800 m.n.p.m.). Trasa cały czas prowadzi w dół, miejscami bywa bardzo stromo. Tym sposobem dochodzimy do kilku lodgy, gdzie byliśmy zapraszani na herbatkę i lunch. Szlak jest tak sprytnie poprowadzony, żeby przechodzić przez ich podwórka.

Kilkaset metrów za ostatnimi herbaciarniami jest rozwidlenie, na którym skręcamy w lewo. Czeka nas jeszcze ostatnie na tym trekkingu przejście przez wiszący most i o godzinie 10.30 meldujemy się w Mukinath. Od razu kierujemy się na dworzec, by zorientować się w autobusach do Jomsom, gdzie planowaliśmy spędzić noc. Dowiedzieliśmy się, że autobus odjeżdża o 15, ale lepiej wziąć jeepa w tej samej cenie. Postanowiliśmy poczekać i w międzyczasie w jednej z lokalnych restauracji zjeść obiad.

Kiedy półtorej godziny później podeszliśmy do budki sprzedawcy biletów, ten powiedział nam, że zacznie sprzedawać je dopiero, kiedy liczb podróżnych wyniesie 9 osób. Z tego co widzieliśmy, miało to nie być takie proste. Mukinath to miejscowość pielgrzymkowa, gdzie znajduje się sanktuarium. Nepalczycy i turyści przyjeżdżają tam wynajętymi autobusami i jeepami. Raczej nikt nie podróżuje na własną rękę. Ostatecznie zdecydowaliśmy się więc na jeepa za 350 NRP od osoby. Odjechaliśmy o 12.30, przejażdżka do Jomsom zajęła godzinę. Droga była w naprawdę dobrym stanie. Jechaliśmy przez Kagbeni, gdzie kierowca zarządził 15 minut przerwy.

W Jomsom negatywnie zaskoczyły nas ceny noclegów. Kilka hoteli proponowało nam 1000 NRP za osobę, co było dla nas nie do przyjęcia. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Hotel Jomsom View za „jedyne” 600 NRP.

Dzień 11 (Jomsom-Pokhara)3,5 h / 8,5 km

Na 6.15 mieliśmy zamówione śniadanie za 450 NRP za dwie osoby. Postanowiliśmy, że ostatniego dnia możemy sobie na nie pozwolić. Bilet na autobus za 1100 NRP od osoby mieliśmy kupiony już dzień wcześniej. Odjeżdżał o 7 spod lotniska, dlatego już 6.40 musieliśmy być na miejscu. Jak na nepalskie standardy, autobus odjechał w miarę punktualnie, bo tylko z półgodzinnym poślizgiem. Po drodze kilkukrotnie zatrzymywaliśmy się, żeby załadować kolejną osobę do środka. Jechaliśmy autobusem turystycznym, dlatego nie był on przeładowany, Kierowca robi też za kuriera, dlatego zabiera też różnego rodzaju paczki, paczuszki itp. Do Pokhary jechaliśmy 12 godzin, z jedną przerwą na obiad (Dal Bhat za 250 NRP od osoby) i kilkoma na załatwienie potrzeb fizjologicznych. Droga ciągle wiodła nad przepaścią, autobus na wybojach niemiłosiernie chybotał na boki, a także góra-dół. Ciężko było coś poczytać. Raz szczepiliśmy się z innym autobusem, kiedy mijaliśmy się na wąskiej drodze. Na szczęście nie utknęliśmy na stałe.

Całą drogę świeciło słońce, jednak przed samą Pokharą złapał nas deszcz. Na piechotę szliśmy więc 2 kilometry do hotelu, gdzie czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka. Nie mieli dla nas miejsca, jednak umieścili nas w innym hotelu, o lepszym standardzie, w cenie z booking.

Koszty

Noclegi wyniosły nas 1200 NRP za osobę.

Na jedzenie wydaliśmy11 790 NRP na osobę. W tą kwotę wliczamy śniadania, obiady i kolacje podczas trekkingu oraz żywność kupioną wcześniej na Thamelu (batony, orzechy, płatki musli).

Permit oraz TIMS wyniosły nas 5000 NRP na osobę.

Przejazd w pierwszą stronę (busik Katmandu-Besisahar) kosztował nas 600 NRP od osoby, jeep z Mukinath do Jomsom 350 NRP, powrót zrobiliśmy za 1100 NRP (autobus Jomsom-Pokhara). Łącznie 2050 NRP od osoby.

Na osobę trekking na Kala Pattar wyniósł nas łącznie 20 040 NRP, czyli 716 złotych.

2 thoughts on “Annapurna circuit

  • Wybieram się w ten rejon w listopadzie 2020 r i Wasze szczegółowe informacje bardzo mi pomogą w planowaniu trasy. Cieszę się, że trafiłem na Waszą stronę. Mam jedno pytanie. Czy na trasie od Dharapani lub wcześniej można wynająć tragarzy? Pytam o to ponieważ jesteśmy grupą 55+ i część uzależnia swój udział w wyprawie od tego czy będziemy mogli wynająć tragarzy. Nie wiem czy macie wiedzę w tym zakresie.

    • Niestety nie mamy pojęcia, wędrowaliśmy sami. Na pewno na Annapurnie spotykaliśmy mniej wypraw zorganizowanych, w porównaniu z EBC. Jednak i takie były z tragarzami i przewodnikiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *